Playlista na Ustkę, czyli Duathlon Energy – najbardziej uśmiechnięte zawody sezonu

Po kwietniowym debiucie w Przywidzu strasznie spodobał mi się duathlon. Do triathlonów mnie na razie kompletnie nie ciągnie (jakoś nie mam czasu ani motywacji, żeby nauczyć się pływać porządnie, a nie tylko rekreacyjną, krzywą żabką), ale takie tri „na sucho” uwielbiam. Niestety w Polsce duathlon traktuje się trochę po macoszemu, jak triathlon, ale niedorozwinięty i niewiele jest okazji, by sprawdzić się w tej konkurencji. Dlatego jak tylko dowiedziałam się, że Energy Events robi duathlon w Ustce stwierdziłam: zadzieram kiecę i lecę!

Organizatorzy oraz kibice spisali się śpiewająco, dlatego tym razem stworzyłam ni to relację, ni to listę przebojów 😉 Podkręćcie więc głośniki, kliknijcie play i przeczytajcie, dlaczego warto było wybrać się na zawody do Ustki!

I had a dream…

Podobno przed startem się nie stresowałam. Po kilku dniach zmagań z paskudnym przeziębieniem pozbyłam się resztek oczekiwań wynikowych i uznałam, że jadę na duathlon po prostu dobrze się bawić. Chyba jednak podświadomie trochę się denerwowałam (albo to może wina czerwonego wina wypitego wieczorem przed zawodami), bo miałam sen.

Schiza jakaś kompletna, że strefa zmian była w jakimś domu, na parterze, a u góry były pokoje. I ja w jednym z tych pokoi zostawiłam kask i rzeczy i dopiero podczas zawodów to skumałam. No i biegłam po to wszystko po schodach, stresując się, czy na pewno to jest zgodne z regulaminem i czy sędzia mnie zaraz za to nie wyrzuci z zawodów. Mózgu, w jaki sposób ty funkcjonujesz podczas snu, to ja nie ogarniam…

Na falochronie duathlonie w Ustce

Po tych nocnych koszmarach pobudka o 5:15 nie należała do przyjemności. Wolałam mieć jednak zapas czasu na dojazd (daleko ta Ustka…) i przygotowanie się do startu. Odebranie pakietu (całkiem bogatego: był worek na buty, kosmetyk do wyboru, gazetka i coś do zjedzenia) w biurze zawodów poszło wyjątkowo sprawnie – dwie minuty i po sprawie. Po oklejeniu roweru i kasku naklejkami z numerem i wstawieniem roweru do strefy zmian miałam więc jeszcze sporo czasu na pogaduszki. Po krótkiej odprawie (mnie te odprawy zawsze niepotrzebnie stresują, bo jak organizatorzy tłumaczą, gdzie jak trasa idzie, to się to wydaje takie skomplikowane, a potem w praniu wychodzi, że tak naprawdę nie da się nic pomylić) ruszyliśmy 🙂

Trasa biegła nadmorskim bulwarem, przez co cały czas miałam wrażenie, że po prostu jestem na wczasach i sobie poszłam na trochę szybszy jogging 😉 Nie spinałam się zbytnio i trzymałam się z tyłu stawki, podziwiając miłe dla oka widoczki oraz oszczędzając siły na kolejne dwa etapy. Mimo to pierwsze bieganie poszło mi zdecydowanie najlepiej.

Być kobietą, być kobietą…

Bycie kobietą w Ustce się opłacało – gwarantowało trzy razy głośniejszy i bardziej entuzjastyczny doping sympatycznych pań Kryś z turnusu trzeciego (O, patrz, kobitka biegnie! Dawaj, dawaj, dziewczyny górą!) oraz sympatycznych, niewątpliwie, Panów Mietków. 🙂

Generalnie – kibice w Ustce byli najlepsi na świecie! Chyba na żadnych zawodach dotychczas nie byłam tak uchachana – mając taki doping nie sposób się było nie uśmiechać! Atmosfera była iście towarzyska – mijając się na nawrotkach z dziewczynami, z którymi wcześniej gadałam machałyśmy sobie i dopingowałyśmy się nawzajem.

21427406_2009522319267175_7423842939253323469_o
Na zdjęciach z innych zawodów zazwyczaj mam jakąś wykrzywioną albo pełną niesmaku twarz. Radosny doping, głównie starszych pań wczasujących w uzdrowisku sprawił, że tym razem uśmiech nie schodził mi z gęby 🙂

Po 10 km biegania i niecałych 49 minutach wpadłam do strefy zmian, wchłonęłam żelka, popiłam wodą, porwałam Białą Strzałę i ruszyłam na drugi etap. Początek był całkiem niezły, potem zaczęło się małe umieranie. Zdecydowanie rower był tego dnia moim najsłabszym punktem i nawet nie chodzi o to, że Biała Strzała nie może się równać z rasowymi szosowymi rumakami (i tak dzielnie walczyła!). To raczej ja słabo pojechałam (potwierdzając, że nie lubię płaskich tras i lepiej mi wychodzi męczenie się na górkach).

Byłam trochę zaskoczona, gdy po pierwszej pętli zegarek pokazał mi zaledwie 15 km (teoretycznie miały być dwie pętle po 20 km). Nie wiem, z czego wynikało skrócenie trasy rowerowej, ale prawdę mówiąc, przyjęłam je z ulgą. 😉

Ostatnie 5 km biegu planowałam pobiec ile fabryka dała. Nie było mnie już jednak stać na lepsze tempo średnie niż 5:22, ale walczyłam twardo i nawet podbiegi po schodkach ładnie rytmicznie mi wychodziły 🙂 Dzięki temu poprawiłam trochę moją pozycję, która po etapie rowerowym była mizerna i na mecie zameldowałam się z czasem 2:31:02, jako siódma (z ośmiu) kobiet na mecie oraz 53 na 63 startujących. Ale kto by się przejmował miejscem!

All by myself

Impreza w Ustce miała jeden zasadniczy minus – na dystansie długim (10/40/5) wystartowało tylko 8 kobiet, a w mojej kategorii wiekowej (do 30 lat) byłam jedyną zawodniczką! Wprawdzie dzięki temu mogłam przywieźć do domu uroczą statuetkę za pierwsze miejsce, ale jednak musiałam na podium stać sama, samiuteńka, all by myself, a to takie trochę smutne uczucie. I człowiek za bardzo nie wie, co ze sobą zrobić w takiej sytuacji. 😉

Z drugiej strony była to pierwsza edycja imprezy, więc można było się spodziewać, że tłumów nie będzie. Jasne było też to, że więcej osób skusi się na start na dystansie krótkim. Mam nadzieję, że (o ile będzie kolejna edycja) w przyszłym roku frekwencja dopisze i że organizatorzy wbrew zapowiedziom jednak nie zdecydują się zamieniać duathlonu na triathlon. Triathlonów jest już przecież dużo, zostawcie coś dla tych, co z pływaniem są na bakier! 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s