Czy 42 sekundy robią różnicę?

Sezon biegowy 2017 rozpoczęłam udanym startem w półmaratonie w Gdyni. Listopadowy półmaraton w Gdańsku był więc idealną okazją, żeby równie udanie zakończyć sezon i jeszcze poprawić życiówkę na moim ulubionym dystansie.

1:44:59 – cel na Amber Expo Półmaraton Gdańsk był precyzyjnie wyliczony co do sekundy, strategia była rozpisana (na dłoni przygotowałam ściągawkę na wypadek, gdybym zapomniała, jakie tempo zapodawać na poszczególnych odcinkach) i wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że może mi się udać. Temperatura lekko poniżej 10 stopni, zaskakująco bezwietrznie jak na Gdańsk, miło przygrzewające słoneczko – warunki idealne!

Jedzenia!!!

Na starcie staję… głodna. Nauczona doświadczeniami z biegów, podczas których zmagałam się z okropną kolką, tym razem pohamowałam moje łakomstwo i ograniczyłam się do 1,5 małej bułki z dżemem i kawy o szóstej rano. Mój żołądek uznał widocznie, że to nie jest porządne śniadanie i już od pierwszych kilometrów czuję straszne ssanie. Nie, żeby brak energii, czy coś – po prostu pustkę w brzuchu!

Próbuję zagłuszyć tę pustkę paroma łykami wody na piątym kilometrze. Pomaga tylko trochę. Przez kolejne kilometry czekam na kolejny punkt z wodą, żeby w końcu skonsumować i popić czymś żel. W końcu jest! Wyciągam moje jedzonko, łapię kubeczek od wolontariusza, a żel o smaku truskawkowopodobnym wydaje mi się niemalże pokarmem bogów, daniem z restauracji z trzema gwiazdkami Michelin…

amber2017-00509
Początek był całkiem przyjemny. Był nawet czas na pogaduszki i prawie nie czułam, że to jakieś zawody są.

Przyspieszenia brak

Według planu za półmetkiem miałam w końcu włączyć piąty bieg i przyspieszyć. Wyszło, jak wyszło. Przez kilkanaście minut udaje mi się utrzymać tempo docelowe, potem jest już kompletny roller coaster.

Na 14. kilometrze dostrzegam na horyzoncie charakterystyczną sylwetkę Bronka, dodaje mi to trochę otuchy, bo zazwyczaj biega on dużo szybciej niż ja. Doganiam go i po niezwykle emocjonującej konwersacji  (– Cześć. – Cześć. – Ciężko… – No…) ruszam dalej do przodu.

Moja głowa spisuje się świetnie. Sprawdza się sposób z mentalnym podzieleniem dystansu na mniejsze odcinki („po prostu pobiegnij ten kilometr w 4:58”, „jeszcze tylko praktycznie pół długości stadionu i będzie punkt z wodą”) i nie myślenie zupełnie o mecie. Wszystko psuje jednak widoczny od 17. kilometra stadion, który zwodzi, że finisz już blisko. Bożeno, niech to już się skoczy! Puls rośnie, ja nie mam już mocy, żeby przyspieszyć, zaczyna mnie boleć kolano i w ogóle boli mnie wszystko.

W końcu docieram do miejsca, gdzie stoi mama, która dziarsko kibicuje wszystkim zawodnikom. Migocze mi przed oczami, mózg już nie kontaktuje, ale jakimś cudem ją zauważam i przybijam z nią piątkę mocy.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl
Moja „OMG, zaraz umrę!”-twarz mówi sama za siebie.

Ostatnie podrygi

Podobno najlepszym sposobem na przezwyciężenie kryzysu jest zmusić się do przyspieszenia. Postanawiam to sprawdzić, faktycznie – chyba działa. „Nie rób kobieto scen, zepnij poślady i do roboty!” – krzyczę dziarsko w duchu i podejmuję walkę z ostatnimi dwoma kilometrami.

amber2017-03539
Tu już chyba przyświecała mi myśl: „Dobra, im bardziej się teraz zepnę i przyspieszę, tym szybciej się skończy ta tortura”.

Mocny finisz, wyprzedzenie paru osób dosłownie parę metrów przed metą i gorączkowe próby złapania oddechu oraz powstrzymania odruchu wymiotnego, który pojawił się na skutek brakującego w hali Amber Expo tlenu – ten bieg ewidentnie dał mi w kość, dużo bardziej niż się spodziewałam! Chwilę po zdaniu chipa dostaję sms-a z wynikiem: 1:45:41. 42 sekundy więcej, niż zakładałam przed startem.

tempo
Jak widać na załączonym obrazki, trzymanie równego tempa zdecydowanie nie jest moją domeną. Za to po raz pierwszy w życiu wyszedł mi super-hiper-turbo finisz!

O dziwo nie czuję nawet najmniejszego niedosytu. Gdyby zabrakło pięciu sekund, pewnie bym się wkurzała. Niby te 42 sekundy też by się dało może gdzieś urwać, ale tak serio – czy to ma znaczenie? Powalczyłam, docisnęłam na końcu ile fabryka dała i nie dałam się mojemu mózgowi, który podpowiadał, że to już nie ma sensu, bo celu już i tak nie osiągnę. W marcu skakałam z radości z wyniku 01:48:54, teraz pobiegłam trzy minuty szybciej, więc jak mawiał były trener polskich skoczków Łukasz Kruczek jest progres. A że połóweczka pozostaje moim ulubionym dystansem, to myślę, że jeszcze za jakiś czas pokażę, na co naprawdę mnie stać!

23315849_10211571229340204_746928773_n
Zadowoleni finiszerzy 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s