Jak zostałam (i jeszcze szybciej przestałam być) człowiekiem planu

„Podoba mi się doskonałość, ale jeszcze bardziej podoba mi się wolność” napisał w Niewidzialnych granicach Kilian Jornet. I choć ja na skali biegowej doskonałości jestem o lata świetlne oddalona od Super-hiper-Kiliana, to w trakcie lektury jego książki moje wewnętrzne ja raz po raz mówiło: „Dobrze gada, polać mu!”. Przy tym cytacie najgłośniej.

Na początku roku 2017, po kilku latach biegania bez ładu, i składu stwierdziłam: Kończę biegać, zaczynam trenować! Jasny cel, jasny plan, konsekwencja. Jak miały być interwały – były interwały, miał być rest day – był rest day, miała być stabilizacja – była stabilizacja, miało być 15 km wybiegania – było 15. Nie mniej, nie więcej, praktycznie od linijki.

O dziwo, bardzo mi się to spodobało. Wiecie – to jakoś tak poważniej brzmi, że idziesz na trening. Nie jakieś tam pobiegać dla przyjemności. Jesteś człowiekiem sukcesu. Nie ma, że ci się nie chce. Robisz swoją robotę i aż sam sobie imponujesz swoją determinacją i pracowitością. W swojej własnej głowie jesteś supersportowcem, któremu nie straszne są przeciwności losu.

Bieganie z planem się opłaciło – na wiosennym półmaratonie w Gdyni życiówka poprawiła się o ładnych parę minut, co oczywiście utwierdziło mnie w przekonaniu, że wszyscy odnoszący sukcesy guru biegowego internetu mają rację i tak trzeba żyć. Rozochociłam się, by pourywać kolejne minuty na wszystkich dystansach, biegać szybciej, dalej, mocniej, i w ogóle.

Była życiówka, była radość. I jeszcze tego samego dnia planowanie kolejnej.

A potem przyszło lato.

I w pewnym momencie odkryłam, że wyjść na rower mam ochotę, a pobiegać już trochę mniej. Najpierw myślałam, że to może dlatego, że w rower wkręciłam się stosunkowo niedawno, a to bieganie po tylu latach już mogło się znudzić. Dopiero po paru tygodniach oświeciło mnie, o co chodzi: na rower wychodzę pojeździć, a na bieganie na trening. I niepotrzebnie z czynności, która ma sprawiać mi radochę robię obowiązek. Ograniczam się. Zamiast korzystać z tego, że pogoda jest perfekcyjna i pojechać na Białej Strzale gdzie mnie nogi poniosą, rozkminiam, że w sobotę przecież zawody i lepiej się teraz nie przemęczać, bo przecież to takie ważne, czy będę miała na mecie czas 1:48 czy 1:47.

Przecież to kompletnie nie ma sensu. Tak naprawdę, nobody cares.

Przygody > zawody. Fot. Mikołaj Misiewicz

Paradoksalnie, kiedy przestałam się przejmować tym, ile kilometrów robię i jakie czasy uzyskuję, wyniki zaczęły się poprawiać same z siebie. Ironia losu. Biegałam sobie jakieś długie wycieczki po prawie 30 km tempem rekreacyjnym i, o dziwo, wcale mi to nie zamuliło nogi. Wręcz przeciwnie – życiówki na piątkę i na dychę same się ustanawiały na treningach.

Poważne podejście do treningów jest przereklamowane. Fot. Bogumiła Trojanowska

I owszem – chętnie jeszcze je poprawię na jakichś zawodach, ale nie zamierzam w nieskończoność gonić za lepiej. Wolę się cieszyć z dobrze i nie czuć, że MUSZĘ być codziennie swoją lepsza (ten cały koncept z byciem codziennie lepszą wersją samego siebie jest strasznie przereklamowany). Mieć cel – fajna sprawa. Cieszyć się samą drogą to sprawa jeszcze fajniejsza!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s