14. Maniacka Dziesiątka – nie taka rekordowa

Miała być życiówka, miało być wspaniale. O poznańskiej Maniackiej Dziesiątce naczytałam się, że trasa superszybka, idealna na rekordy, atmosfera wspaniała, cuda, wianki, pakiety rozchodzą się w trymiga, bo to najlepszy sposób na otwarcie sezonu.

Stwierdziłam więc: czas w końcu pożegnać się z moją starą życiówką na dychę (te 50:05 jednak źle się prezentuje) i postanowiłam kopsnąć 50 zł na wpisowe i zaaranżować wycieczkę do Poznania (zwłaszcza, że jeszcze nigdy w stolicy Wielkopolski nie byłam -wstyd!). Początkowo mierzyłam wysoko, w złamanie 45 minut, potem mój entuzjazm trochę osłabł i przestało mi się chcieć robić treningi szybkościowe (bo wolałam sobie spokojnie pohasać po lesie), włączyła mi się też zimowa gastrofaza, więc stwierdziłam że 47 minut też będzie niczego sobie.

Myślałam, że jestem pesymistką. Okazało się jednak, że moje założenia były zbyt optymistyczne.

Money, money, money…

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że organizatorzy Maniackiej zrobili wszystko, by z tej imprezy wycisnąć jak najwięcej kasy. Ja rozumiem, że biegi uliczne to już przemysł jak każdy inny i hajs musi się zgadzać (i absolutnie nie wymagam, żeby ktoś takie imprezy organizował z pasji, poświęcając swój wolny czas – każdemu wynagrodzenie za dobrą robotę się należy), ale tym razem poczułam się, delikatnie mówiąc, zrobiona w bambuko.

Początkowo limit startujących wynosił 5000. Po zakończeniu zapisów pojawił się news, że uwaga, uwaga, jesteśmy tacy super, że opchniemy wam dodatkowy tysiąc pakietów! (1000 pakietów po 49 zł to już całkiem pokaźna sumka, ktoś umie liczyć!). Liczyłam na to, że może trasa jest na tyle szeroka i może organizator wymyśli jakiś start falowy i mimo to nie będzie ciasno. Trochę się jednak zawiodłam.

Start falowy owszem był, ale podział na strefy mógł się spodobać co najwyżej orłom z życiówką poniżej 45 minut. Reszta musiała nieźle się przepychać. O ile zatory w pierwszej części biegu są moim zdaniem absolutnie normalne, o tyle biegnięcie w zwartej grupie i przeciskanie się na ostatnim kilometrze praktycznie do samej mety, to już trochę kuriozum. O jakimkolwiek dynamiczniejszym finiszu można zapomnieć i na nic się zdaje to, że trasa jest płaska i szybka – skały nie zjesz, jak mawiał klasyk. Cóż, trzeba było nie być lamusem i mieć lepszą życiówkę, bo może ludziom z pierwszych stref biegło się nieźle.

foto_b731c7e11cfe40135e54a739fcb5fee2
Przez 90 % biegu czułam się właśnie tak – wtłoczona w tłum biegaczy.

Życiówkę poprawiłam, ale niewiele. 49:35 wygląda trochę lepiej niż 50:05, ale zdecydowanie wiem, że nawet mimo nieszczególnie rzetelnych przygotowań lepszy wynik był w zasięgu możliwości. Nie żeby mi na tym wyniku szczególnie zależało. Ale jak już wybrałam się przez pół Polski na te rekordowe zawody, mogło to wyglądać to lepiej.

Kolejne rozczarowanie: brak wody na mecie. Wodę kokosową w pakiecie finiszera i piwo w pakiecie startowym chętnie zamieniłabym na małą butelkę zwykłej wody. Wydawać by się mogło, że to absolutna podstawa i oczywistość. Wystarczyło wydać kilkadziesiąt groszy więcej na każdego zawodnika i wszyscy byliby zadowoleni.

IMG_20180311_132041.jpg
Ciepława woda kokosowa nie była tym, o czym marzyłyśmy na mecie. Ale przynajmniej puszka po niej wspaniale nadawała się do ćwiczenia równowagi.

To teraz coś pozytywnego…

… bo narzeka i narzeka, malkontentka, jak jej się nie podoba, to niech nie biega.

Atmosferą na trasie faktycznie można się było delektować. Grupy kibiców i dobra muzyka na żywo dodawały animuszu i pozwalały mi przetrwać ten nienajlepiej się układający start. Mój dzień zrobił zwłaszcza zespół grający ACDC na Moście św. Rocha, składający się częściowo z naprawdę pozytywnych zakonników (którzy trochę mi przypomnieli moją ulubioną scenę z filmu Pogoda na jutro).

Trasa, a zwłaszcza jej część prowadząca nad Jeziorem Malta, była całkiem przyjemna i malownicza, biegnąc tam w wiosennym słońcu czułam się trochę jak na wakacjach.

IMG_20180311_112618.jpg
Jak jest taka pogoda, to nastroje przed startem muszą dopisywać!

 

IMG_20180311_131927.jpg
A na mecie cieszyłyśmy się głównie z tego, że to już koniec.

I jeszcze jeden duży plus – dostęp do natrysków (co nie jest niestety oczywistością), w dodatku bez żadnych kolejek! Przydał się bardzo, zwłaszcza, że po biegu miałam iść do ludzi i wsiąść w pociąg.

A może ja po prostu już nie lubię masówki?

Może się czepiam. Może to już czas, żeby po prostu pożegnać się z dużymi biegami ulicznymi i zacząć celować w coś bardziej kameralnego, najlepiej w terenie?

(Póki co czeka mnie jednak jeszcze kwietniowy bieg na piątkę przy okazji gdańskiego maratonu. Może tam będzie lepiej. Może tam się odegram!)

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s