Kirgiskie historie, część 1: Always look on the bright side

You can read the English version here.

Nie lubię latać. Nie dlatego, że się boję, bo akurat w samolocie czuję się zupełnie bezpiecznie. I nawet nie dlatego, że atmosfera lotnisk strasznie mnie stresuje i zawsze jestem dwie godziny wcześniej, niż to potrzebne, zupełnie bez sensu, bo sobie wkręcam, że coś pójdzie nie tak i spóźnię się na lot.

Nie. Chodzi mi o to, że w momencie, gdy wychodzisz na płytę lotniska po lądowaniu, cały ten świat, który zostawiasz wsiadając do samolotu na innym lotnisku staje się nierzeczywisty, strasznie odległy. Jakby wszystko, co działo się przed lotem przytrafiło się komuś innemu. Brak łagodnego przejścia. Puff – i jest, nowa rzeczywistość.

Na szczęście w kuchennej szafce leży napoczęta paczka kaszy gryczanej z napisami cyrylicą, którą kupiłyśmy pierwszego dnia w supermarkecie w Biszkeku (bo podobno kasza gryczana ma dużo białka). Na nogach mam podrabiane skarpetki New Balance, bo zgubiłam dwie pary i w Karakolu musiałam uzupełnić garderobę. W moich spodniach trekingowych jest mała dziurka, wypalona przez iskry ogniska, które paliliśmy w górach niedaleko Eki-Naryn, a na ramie mojego roweru pojawiło się po upadku w Altan Arashan kilka nowych rysek. Gdyby nie to, miałabym spore wątpliwości, czy ten cały Kirgistan w ogóle mi się przytrafił. Bo odkąd wylądowałam na lotnisku w Pradze miałam wrażenie, że to wszystko to był jakiś film, albo to co mam w głowie to jakieś przebłyski z innego życia.

Zdecydowanie powinnam podróżować lądem. Mogłabym stopniowo przetrawiać zmieniający się krajobraz, a cała podróż miałaby jakąś ciągłość. Poza tym nie musiałabym wtedy planować wszystkiego z wyprzedzeniem, „bo trzeba kupić bilety na samolot póki są tanie”. Planowanie z wyprzedzeniem kiepsko mi wychodzi, dlatego, w imię kupowania biletów póki są tanie, zupełnie bez sensu wydałam kupę kasy na przewóz roweru. Bo od kupna biletu w maju do powrotnego lotu we wrześniu plany zdążyły się trochę zmienić. Ale o tym kiedy indziej.

O 5:40 rano czasu lokalnego wylądowałam na lotnisku w Biszkeku, mającego bardzo wdzięczny kod IATA: FRU, od dawnej nazwy miasta – Frunze. Półprzytomna ustawiłam się w kolejce do kontroli paszportowej. Drobnej budowy strażnicy w okienkach w wielkich czapkach wyglądali jak mali chłopcy, którzy przebrali się za policjantów. Staliśmy i staliśmy, w końcu dostałam swój stempelek w paszporcie, odebrałam bagaż i mogłam jechać do hostelu. Zameldowałam się i rzuciłam się na łóżko, żeby podrzemać chociaż pół godzinki. Gdy się obudziłam, było już grubo po południu.

– Hello! – powitała mnie z szerokim uśmiechem drobna, ciemnowłosa dziewczyna. Pashmina przyleciała trzy dni przede mną z Kuala Lumpur i miała być moją towarzyszką podróży przez kolejne pięć tygodni. Znałyśmy się tylko z Facebooka. Wiedziałam, że nauczyła się jeździć na rowerze dopiero pięć lat temu, już jako dorosła kobieta i że pewnie będę musiała troszkę dostosować do niej tempo. Nie miałam pojęcia, czy się będziemy dogadywać. Byłam przyzwyczajona do jeżdżenia solo i trochę przerażała mnie wizja spędzenia kilku tygodni z zupełnie obcą osobą, prawie pięć tysięcy kilometrów od domu. Postanowiłam jednak za radą mojej kierowniczki Dorte, szukając towarzysza podróży posłuchać „uczucia w żołądku”. A żołądek mówił, że Pashmina powinna być ok.

Poszłyśmy na miasto, zrobić zakupy na najbliższe kilka dni. Można by powiedzieć wiele rzeczy o Biszkeku, ale z pewnością nie to, że jest uroczym miastem. Zanieczyszczone powietrze drapało mnie w gardło, na ulicach panował niekontrolowany chaos, markety wyglądały bardzo europejsko. Cieszyłam się, że już jutro się stąd wydostaniemy.

Mniej cieszyłam się z faktu, że pociąg, którym miałyśmy podjechać do Bałykczy (by ominąć ruchliwą i krajobrazowo mało interesującą drogę z Biszkeku nad jezioro Issyk-Kul) odjeżdża wcześnie rano. Ziewając stawiłyśmy się na stacji, kupiłyśmy bilety (płacąc w przeliczeniu jakieś 8 zł na łebka z rowerem za prawie 200-kilometrowy odcinek), po czym po wąskich schodkach wepchnęłyśmy rowery do pociągu i ustawiłyśmy je tam, gdzie wskazała nam konduktorka.

IMG_20190804_085704

Poza nami i Paulem z Hamburga nie było żadnych turystów. Nic dziwnego, każdy normalny człowiek wybiera raczej marszrutkę, która w nieco ponad dwie godziny pokonuje trasę, którą nasz pociąg robił w godzin cztery. Było gorąco. Na stacjach wsiadały babuszki i chodziły po pociągu sprzedając zimne napoje oraz przekąski. Samsa z kartoszką, samsa z mięsem. Za niespełna 8 złotych przeżyłyśmy podróż w czasie.

– Te wagony wyglądają dokładnie tak, jak wagony, przy których produkcji pracował mój dziadek w NRD, jakoś w latach 70. – mówił zachwycony Paul.

Na stacji w Bałykczy tłumnie gromadzili się taksówkarze, próbując wyłowić spośród wysiadających potencjalnych klientów.

Spasiba, spasiba – powtarzałyśmy, przeciskając się między nimi.

Dosiadłyśmy nasze rowery i zaczęłyśmy spokojnie toczyć się na wschód, wzdłuż brzegu Issyk-Kul, drugiego największego jeziora górskiego na świecie. Byłyśmy na wysokości 1600 m n.p.m. i przez najbliższe tygodnie, dopóki nie przekroczymy granicy z Kazachstanem, nie miałyśmy zjeżdżać niżej. Na przeciwnym brzegu jeziora majaczyły majestatyczne szczyty, z drugiej strony nadciągały ciemne chmury. Ewidentnie nadciągała burza. Szybko rozbiłyśmy namiot na plaży, by przeczekać deszcz.

IMG_0235IMG_0240IMG_0252IMG_0276IMG_20190805_072143_HDR

Rano zdecydowałyśmy, że ruszamy w góry, w kierunku jeziora Song-Kul. Stamtąd miałyśmy dojechać do Karakolu. Opcje były dwie: łatwa i trudna. Łatwa oznaczała zjechanie do miasta Naryn przez przełęcz Moldo-Ashuu i dalej trzymania się głównej szosy wzdłuż Issyk-Kul. Trudna miała być prawdziwą przygodą, prowadzącą przez przełęcz Tosor (3893 m) i wymagające górskie drogi w sercu dzikich gór Tien-Szanu.

Początkowo mogłyśmy się cieszyć gładkim asfaltem, minimalną ilością samochodów i absolutną pustką dookoła nas. Jakieś linie energetyczne, trochę śmieci tu i ówdzie oraz figury jeleni przy skrzyżowaniu z drogą prowadzącą z Biszkeku do Kochkoru  – to były jedyne ślady ludzkiej egzystencji w tym surowym pejzażu. Z tymi figurami zwierząt w Azji Środkowej pewnie faktycznie jest tak, jak pisał Stasiuk: Pomniki zwierząt są zawsze lepsze niż pomniki ludzi. Z ludźmi na pomnikach nigdy do końca nie wiadomo, czy byli jołopami, skurwysynami, czy wprost przeciwnie. Na dwoje babka wróżyła. Z fauną nie ma tego problemu.*

IMG_0285IMG_0288IMG_0293IMG_0300IMG_0309IMG_0313

IMG_20190805_173003IMG_20190805_181506 (2)IMG_20190805_201141W Kochkorze zatrzymałyśmy się w Guesthousie Saikal, prowadzonym przez przemiłą panią Saikal. Skromnie, ale czysto, śniadanie podawane w jurcie stojącej na podwórzu. Miejsce poleciła nam para niemieckich rowerzystów po pięćdziesiątce.

– Jedźcie do Saikal, nasz przyjaciel Roberto tam został i na pewno płacze, że po dwóch tygodniach zostawiliśmy go samego. Ucieszy się, jak przyjedziecie, na pewno.

Więc pojechałyśmy. Roberto okazał się przemiłym kolesiem o łobuzerskim wyglądzie – wytatuowany, z ciemną brodą, tunelami w uszach i dredem. Od trzech lat był w rowerowej podróży, miał więc do opowiedzenia niejedną historię. Był już nad Song-Kul, zaznaczył nam więc na mapie miejsca, gdzie możemy rozbić obóz.

– Jak już pojedziecie w stronę Naryna, zatrzymajcie się nie za daleko za przełęczą. Tam jest krajobraz jak w Alpach, bez sensu śpieszyć się do cywilizacji, jak możecie spać z takimi widokami – radził.

Swoją drogą, fascynująca jest ludzka potrzeba do przyrównywania odwiedzanego miejsca do czegoś, co już wcześniej widział, co już zna. Jak Alpy, jak Wielki Kanion, jak to, jak tamto – tak jakby każde miejsce nie mogło być po prostu jak ono samo. To rozpaczliwe szukanie punktu odniesienia zazwyczaj strasznie irytuje mnie u innych. A potem łapię się sama na tym, że siedzę nad Song-Kul i myślę: „przypomina mi się ta wioseczka Hov na Lofotach…”.

Wielkie ściany po lewej, wielkie ściany po prawej. Wjechałyśmy do Sarybulak dokładnie w momencie, gdy muezzin zaczął nawoływać do modlitwy. Kawałek za meczetem, po drugiej stronie ulicy w kontenerach znajdowały się przydrożne knajpki. Przed nimi na paleniskach smażyły się w głębokim tłuszczu ryby. Kawałek dalej droga odbijała na Song-Kul. Skończył się asfalt, zaczęła się tarka. – Du du du du du – podskakiwały rowery na nierównościach. Krajobraz wokół nas był suchy, pustynny, kurzyło się wszystko strasznie. Dojechałyśmy do ostatniej wioski. Przed sklepem leżał mężczyzna, którego stan wskazywał na bardzo silne związki z wódką. Za wioską krajobraz zaczął się robić trochę przyjaźniejszy, pojawiła się zieleń, wzdłuż drogi wiła się górska rzeka. Chciałam rozbijać obóz trochę dalej od cywilizacji, widziałam jednak, że Pashmina przez tą całą tarkę miała już wyraźnie dość, znalazłyśmy więc przyjemne miejsce nad rzeką i postanowiłyśmy, że to będzie nasz dom na dzisiejszą noc.

IMG_0325IMG_0330 (2)IMG_0338IMG_0347IMG_0352IMG_0357IMG_0359 (2)IMG_0370IMG_0377

Ledwo zabrałyśmy się za rozstawianie namiotu, nadjechał chłopaczek na koniu. Knypek dosłownie, wyglądał na góra 15 lat. Próbowałyśmy się z nim jakoś skomunikować, ale ani po rosyjsku, ani tym bardziej po angielsku nie mówił. Poczęstowałam go więc tylko ciasteczkiem i wróciłam do cowieczornej rutyny. Chłopak obserwował nas wyraźnie zafascynowany. W końcu zaczęłyśmy się czuć nieswojo. Postanowiłyśmy po prostu ignorować dzieciaka i zacząć gotować obiad. Rozsiadłyśmy się z naszymi miseczkami nad rzeką. Młody jeździec chwilę jeszcze stał koło naszego namiotu, po czym żwawo przekroczył rzekę. Zatrzymał się, wydał z siebie głośny gwizd, by zwrócić naszą uwagę i gdy podniosłyśmy wzrok ujrzałyśmy naszego nieproszonego gościa wymachującego nam dumnie swoim penisem. Osłupiałyśmy.

– Po prostu go ignorujmy – szepnęła Pashmina – może sobie pójdzie.

IMG_20190806_180348.jpg

Faktycznie, nie otrzymawszy dostatecznej atencji, chłopak odjechał zostawiając nas z opuszczonymi ze zdumienia szczękami. Postanowiłyśmy przenieść nasz obóz trochę dalej, w mniej widoczne miejsce. Chłopak nie wyglądał wprawdzie na groźnego – był na tyle drobny, że prawdopodobnie spokojnie byśmy go znokautowały, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie chciałyśmy się jednak przekonywać, czy ma jakichś przyjaciół lub braci, z którymi mógłby zechcieć nas w nocy odwiedzić. Na wszelki wypadek położyłyśmy się z gazem pieprzowym i nożem pod ręką.

– Ta tarka jest niemożliwa. Ja się poddaję, łapię stopa – powiedziała Pashmina po kilku kilometrach podjazdu następnego ranka.

Pojedynek z przełęczą Kalmak-Ashuu musiałam więc stoczyć sama. Droga nie była jakoś nadzwyczajnie stroma, jednak wyboje i nierówności oraz spory upał dały mi popalić. Po drodze wypiłam jakieś sześć litrów wody. W końcu wdrapałam się na 3446 m n.p.m. Nie było nawet żadnej tabliczki, ani nic. Droga tylko na chwilę się wypłaszczyła i kawałek dalej zaczęła schodzić w dół. Była za to grupa Brytyjczyków i grupa Kirgizów, którzy wjechali tam busem.

IMG_0379IMG_0388IMG_20190807_141131IMG_20190807_152400IMG_20190807_154536

– Dżizas, nas nawet ta podróż busem wymęczyła, a ty tu na rowerze jeździsz – przeżywali Brytyjczycy.

Zrobiliśmy sobie zdjęcia, posiedziałam z nimi chwilę na trawce, ale zaczęło się robić chłodno. Poza tym wiedziałam, że Pashmina już na pewno na mnie czeka gdzieś przy jeziorze. Okazało się, że została ugoszczona przez rodzinę, która ją podwiozła. Mieszkali w jurtach parę kilometrów przed Song-Kul, wokół biegały konie i kurczaki. Zapytali mnie, czy mam ochotę na herbatę i coś do jedzenia. Zdjęłam więc buty i usiadłam przy zastawionym stole w mniejszej jurcie. Najpierw dostałam czarkę herbaty, później zaserwowano mi szklankę kumysu, czyli sfermentowanego końskiego mleka. Ostrożnie wzięłam łyka, zastanawiając się, co ten napój może zrobić z moim, nie przyzwyczajonym do takich delikatesów żołądkiem. Smakowało dziwnie i choć było mi głupio, nie odważyłam się wypić więcej. Po jakimś czasie siedząca obok mnie nastoletnia córka naszych gospodarzy wskazała na szklankę i łamanym angielskim zapytała, czy będę jeszcze to pić. Zakłopotana pokręciłam głową, a dziewczyna z uśmiechem przysunęła szklankę do siebie i ze smakiem uwolniła mnie od konieczności picia narodowego napoju Kirgizów.

IMG_20190807_165737

Wyboistą ścieżką odjechałyśmy w kierunku jeziora. Pashmina męczyła się na swoich dość wąskich oponach i gdy dotarłyśmy do położonego 3000 m n.p.m. jeziora była wyraźnie wyczerpana. Mi na góralu było dużo łatwiej. Wyglądało na to, że będziemy musiały zmienić plany. O trasie przez przełęcz Tosor nie było nawet mowy, teoretycznie łatwiejsza droga do Naryna też raczej nie wchodziła w grę, skoro jedna z nas nie czerpała ani grama przyjemności z jazdy po górskich szutrach.

Minęłyśmy skupiska turystycznych jurt. Postanowiłyśmy zatrzymać się w jednej z nich. Przestrzeń dookoła jeziora robiła ogromne wrażenie: kilometry kwadratowe stepu wypełnionego pasącymi się końmi,  a dookoła górskie szczyty. Mimo, że było to jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc w Kirgistanie z łatwością można było znaleźć tam sobie miejsce, gdzie nie było nikogo. Szybko przebrałam się w kostium kąpielowy i zanim jeszcze słońce zaszło zanurzyłam się w jeziorze. Jak na tę wysokość, woda była całkiem ciepła.

IMG_0403IMG_0409IMG_0410IMG_0413IMG_0425IMG_0437

Rano obmyśliłyśmy dalszy plan: postanowiłyśmy wrócić nad Issyk-Kul i kontynuować jazdę po asfalcie. Chciałam jednak wykorzystać chociaż trochę fakt, że już dotarłyśmy nad Song-Kul, zostawiłam więc sakwy i ruszyłam na przejażdżkę wzdłuż północnego brzegu. Świeciło słońce, od wody nadciągała przyjemna bryza, a ja krążyłam sobie pomiędzy podgryzającymi trawę rumakami. Usłyszałam tętent kopyt i po chwili obok mnie znalazł się koleś na pięknym, gniadym koniu. Obok niego dreptał pasterski pies. Rzuciliśmy sobie spojrzenie i zaczęliśmy się ścigać. Droga schodziła lekko w dół, co dało mi przewagę, jednak tylko na chwilę. Po chwili facet przeszedł do galopu, odwrócił się z wyrazem triumfu na twarzy, uśmiechnął się i pognał przed siebie.

Pashimina nie czuła się najlepiej, do Kochkoru wróciłyśmy więc  taksówką, co dostarczyło nam dreszczyku emocji. Nasz kierowca czuł się prawdziwym panem szos. Jego opalone ręce z bladymi plamami mocno zaciskały się na kierownicy, kiedy jechał jak szatan ścinając wszystkie zakręty i nie przejmując się zupełnie piszczącymi klockami hamulcowymi.

Droga nad Issyk-Kul miała być czystą przyjemnością – przyzwoity asfalt, cały czas lekko z górki. Okazało się jednak, że biednemu zawsze wiatr w oczy. W tym przypadku dosłownie i w przenośni. Dzień zaczął się źle i skończył się źle, a przestrzeń pomiędzy tym początkiem i końcem wypełniły zmagania z wiatrem w twarz, przerwane jednym przyjemnym i ekscytującym wydarzeniem: spotkaniem z wielbłądami, które spokojnie wylegiwały się w słońcu przy szosie.

IMG_0455IMG_0456IMG_0458

Tym razem jechaliśmy w trójkę. Dołączył do nas Altan, Turek, który miał za sobą ciężką przeprawę przez przełęcz Kegeti – jedną z najtrudniejszych dróg w Kirgistanie. Generalnie skały, osuwiska i kapryśna pogoda – creme de la creme Tien-Szanu. Ledwo opuściliśmy Kochkor, gdy wyprzedzająca nas na centymetry ciężarówka sprawiła, że Pashmina upadła. Szczęście w nieszczęściu, spadła na właściwą stronę, czyli na pobocze, a nie pod koła ciężarówki, która beztrosko odjechała. Opatrzyliśmy jej odrapane kolano, dopytaliśmy czy na pewno może jechać dalej i kontynuowaliśmy walkę z wiatrem.

W końcu dotarliśmy nad jezioro. Znaleźliśmy miejsce nieopodal opuszczonej stodoły i, osaczeni przez tysiące wściekłych komarów przystąpiliśmy do rozbijania namiotów.

– Trach! – mój stelaż pękł, robiąc dziurę w tropiku.

Głośno zaklęłam. Byłam zmęczona i wściekła, komary cięły jak najęte. Chciałam jak najszybciej móc dać nura do namiotu. Tymczasem musiałam tworzyć prowizoryczną konstrukcję z użyciem dwóch śledzi i mnóstwa srebrnej taśmy. Dziurę w tropiku też zakleiłam srebrną taśmą. Na szczęście nie wyglądało na to, żeby w nocy miało padać, było też bezwietrznie, więc krzywo stojący namiot powinien przetrwać do rana.

– Nawet nie chcę sobie wyobrażać, co by było, gdyby to się stało gdzieś wysoko w górach, w jakiejś zawierusze – rzuciłam do Pashminy. Always look on the bright side…

Wgramoliłyśmy się do naszego pokracznego schronienia, Pashmina z wyraźną trudnością, bo kolano jednak zaczęło jej dokuczać.

– Zepsuty namiot, kontuzjowana partnerka – dobry bilans pierwszego tygodnia, nie ma co… – pomyślałam, leżąc w ciepłym śpiworze, wsłuchując się w szum fal drugiego największego jeziora świata.

 

* Andrzej Stasiuk, Osiołkiem, Wydawnictwo Czarne, 2016.

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s