KIRGISKIE HISTORIE, CZĘŚĆ 3: ZAPISKI Z KARAKOLU

You can read the text in English here.

Karakol

Było jak w base campie. Znaczy, pomijając prąd, szybkie wi-fi, i sklep tuż za rogiem, do którego można było wyskoczyć w klapkach. I to, że byliśmy w czwartym największym mieście Kirgistanu, a alpiniści z nas żadni, wszyscy byliśmy zwykłymi turystami. Ale atmosfera była iście basecampowa. Maniakalnie sprawdzaliśmy prognozy pogody i zabijaliśmy czas karcianymi grami. Monotonne dudnienie deszczu o blaszany dach czasem urozmaicał dochodzący z pobliskiego skrzyżowania pisk opon a potem łoskot zderzających się samochodów. Jakiś kretyn znowu wjechał na czerwonym.

Godzinami siedzieliśmy w kawiarence hostelu Duet i przez otwartą bramę gapiliśmy się na lejące się z nieba strugi. Co jakiś czas w tej bramie pojawiały się małe grupki, które wyruszyły w góry jeszcze przed załamaniem pogody. Przemarznięci i ociekający wodą skupiali na sobie wzrok wszystkich i na rzucane zewsząd pytanie „jak było?” z emfazą opowiadali, że śnieg, wiatr i generalnie armagedon.

Postanowiłam wykorzystać przestój na rozwiązanie mojej Sytuacji Namiotowej. Na profesjonalny serwis nie liczyłam, ale miałam nadzieję, że znajdę jakiegoś majstra, co to tu przypiłuje, tam przyspawa i postawi mój złamany stelaż na nogi. Poszłam do biura CBT (kirgiskiej organizacji turystycznej) zasięgnąć języka.

– Tu niedaleko jest taki trochę szewc, trochę złota rączka, może on pomoże – powiedziała babka za biurkiem.

Zaszłam do zagraconej pracowni w piwnicy jednego z bloków. Pachniała skórą i kurzem, i trochę butwą. Starszy mężczyzna tylko wzruszył ramionami.

Niedaleko był warsztat samochodowy. W ciemnym garażu trzech młodych knypków w ortalionowych dresach krzątało się wokół starego merca. Jeden z nich oderwał się od roboty i chwycił stelaż w umiziane smarem ręce. Popatrzył z dołu, popatrzył z góry. Ruszył do skrzynki z narzędziami, przyciął czymś połamaną końcówkę, poodłupywał zewnętrzną część pałąka, tak żeby dało go się włożyć w sąsiedni pałąk i zadowolony wręczył mi stelaż.

– Ile się należy? – zapytałam.

– Nic – odparł. Nie byłam pewna, czy jest wspaniałomyślny, czy powątpiewa, że jego prowizoryczna robótka wytrzyma.

Nie wytrzymała. Podczas próby rozstawienia namiotu w hostelowym ogródku stelaż znowu trachnął.

Czyli nadal byłam bez namiotu. Parę dni później okazało się, że Roberto (ten, którego poznałyśmy w Kochkorze w pierwszym tygodniu podróży) nad jeziorem Issyk Kul miał identyczny problem. Epidemia pękających stelaży. Wrócił do Biszkeku i zaoferował, że jeśli znajdzie tam części zapasowe, to mi je wyśle. Złoty człowiek! Znalazł, ale musiałam poczekać parę dni na przesyłkę. Bez różnicy, nadal lało i nie było sensu się ruszać nigdzie w góry. Pashmina, z którą jeździłam do tej pory stwierdziła, że zamiast siedzieć jak kołek w Karakolu pojedzie do Biszkeku i pójdzie do lekarza, sprawdzić co z jej kolanem. Zalecono jej, żeby na parę tygodni rower sobie odpuściła. I tyle Pashminę widziałam, aż do naszego spotkania w Ałmatach, dzień przed moim wylotem.

Mi siedzenie jak kołek w Karakolu nawet odpowiadało. Było wygodnie. Rano kawusia i śniadanie, potem kocyk, książka, dyskusje, robienie obiadu razem z innymi ziomkami z hostelu, karty, piwo, herbata. Prawdziwe wczasy. Nawet mi się to wydawało fajniejsze niż napieprzanie zwiedzania. Przynajmniej na chwilę.

Ski Baza

Żeby nie skisnąć doszczętnie, postanowiłam się karnąć do karakolskiej skibazy. Przy wjeździe do parku narodowego stała budka z biletami za wstęp, 250 som od łepka. Zaczęłam negocjować z siedzącym w niej dzieduszką.

– Jadę tylko do skibazy i zawracam. Godzinka, góra dwie w tym parku pobędę.

Staruszek popatrzył badawczo.

– Otkuda wy? – zapytał.

Przemyślał sprawę i zawyrokował: niech dziewuszka z Polszy da 150 som i jedzie dalej. Wciąż było to dużo za krótką przejażdżkę, ale skoro już wypełzłam z hostelu, to przecież nie po to, żeby dojechać do szlabanu i zawrócić.

Lało ciągle i nawet w oddali słychać było grzmoty. Przygniatające, ciężkie powietrze pachniało mokrą ziemią. Z ciemnego świerkowego lasu wyłoniła się skibaza. Kilka budynków pozamykanych na cztery spusty i wyciąg w stanie spoczynku. Wyglądało to smętnie, tak jak wszystkie ośrodki narciarskie w deszczowe dni poza sezonem.

Przy wyciągu grupka kolesi z Arabii Saudyjskiej czekała, aż specjalnie dla nich uruchomią wyciąg. Zaproponowali, żebym z nimi wjechała. Propozycja była kusząca, ale na samą myśl o siedzeniu w przemoczonych ciuchach na krzesełku jadącym na 3000 m n.p.m. robiło mi się zimno. Przy tej pogodzie na spektakularne widoki też nie było co liczyć. Wolałam wrócić do hostelu, przebrać się i wysuszyć i wrócić do robienia niczego.

IMG_20190816_115358IMG_20190816_124810

Jezioro Ala Kul (prawie)

Po czterech dniach nieustannego deszczu zaczęło się jakby przejaśniać. Postanowiliśmy – ja i parę osób z hostelu – następnego ranka ruszyć na najpopularniejszy trekking w okolicy: do znajdującego się na wysokości 3560 m jeziora Ala Kul, znanego z niezwykłej turkusowej barwy i ponadprzeciętnej urody.

Najpierw czekała nas jednak ekspedycja do centrum, na bazar, po zaopatrzenie na trzy dni w górach.

Milion szyldów i kolorowych reklam tworzyło chaotyczną, barwną układankę. Szaszłyk, Apteka, Bee-line, Detski mir, Jewropa. Raz fantazyjne. niby artystyczne litery, raz grubo ciosane bukwy bez gracji. Budy, kioski, blacha, plastik. Auta zaparkowane bez ładu i składu. Trzeba było przeciskać się przez labirynt białych dostawczaków wyładowanych arbuzami i rdzewiejących osobówek na czarodziejskich światłach niewidzialności, które blokowały ulicę, gdy ich właściciele bez stresu załatwiali sprawunki. Nakupowaliśmy płatków owsianych, makaronu, słodyczy, i owoców, w tym cały woreczek suszonych moreli. Te ostatnie ostatecznie zostały naszymi racjami awaryjnymi. Były twarde jak skała i jedną taką morelkę trzeba było żuć z piętnaście minut, zanim trochę zmiękła i dało się ją połknąć.

IMG_20190817_164356

Rano wcisnęliśmy się w sześć osób i sześć plecaków w jedną taksówkę, która zawiozła nas na początek szlaku w Dolinie Karakol. W słoneczny dzień wyglądała jak wizja z rysunku pięciolatki. Intensywnie zielona trawa, na której pasą się konie, obok wijąca się rzeka i górujące nad tym wszystkim przyprószone śniegiem szczyty i błękitne niebo z białymi obłoczkami.

Szeroka, prawie płaska droga od czasu do czasu zamieniała się w potok po ostatnich opadach. Było jak w Alpach, tylko bardziej. Dużo bardziej. Mieli rozmach. W 1991 roku, gdy Związek Radziecki upadł i Kirgistan stał się niepodległym państwem, jego pierwszy prezydent Askar Akajew mówił, że zrobi tam azjatycką Szwajcarię. Krajobrazowo faktycznie, było jak Szwajcaria, nawet do kwadratu. Góry wyższe, doliny rozleglejsze a jeziora bardziej lazurowe. Tylko bogactwo i porządek jakoś nie przyszły i okazało się, że obietnice Akajewa, jak wszystkie obietnice tego typu, to zwykła mrzonka.

Na polanie przy mostku stały dwa UAZ-y buchanki, lustrujące dolinę oczami swoich komicznych okrągłych reflektorów. Obok nich przedsiębiorcze kobiety sprzedawały spragnionym piechurom napoje. Za rzeką ścieżka pięła się stromo w górę. Byliśmy powyżej 2500 metrów a las nadal rósł sobie w najlepsze. Właściwie dopiero się rozkręcał.

IMG_0669 (2)IMG_0678IMG_0680IMG_0689IMG_0693IMG_20190818_111554 — kopia

Obóz był na 3000 m n.p.m. Skupisko zielonych namiotów i parę jurt. Z komina jednej z nich unosił się syfiasty dym, zwiastujący, że niestety papieża nie wybrano, za to z pewnością zebrano trochę śmieci. Syfu wokół było sporo, mimo że postawiona przy miejscu na ognisko tablica grzecznie prosiła „please do not leave the garbage. thank you”. W dodatku nocujący tu turyści wyznawali chyba zasadę, że kibel jest wszędzie. Łąka dookoła była jednym wielkim polem minowym. Ludzie to jednak świnie.

Mimo to było nieprzeciętnie pięknie. Wokół różne chaszcze rosły sobie bujnie, a zieleni było tyle, że wszystkie zmęczone oczy świata mogłyby się napatrzeć i odpocząć. Z tego gąszczu wyrastały wielkie skalne masywy przysypane śniegiem. Po zmroku zaczęło się show. Jak na środek sierpnia przystało, perseidy zaczęły swoją wielką wędrówkę. Raz z tej strony, raz z tamtej, pędziły jak dzikie przez czarne niebo, nieskażone żadnym sztucznym źródłem światła. Staliśmy, każdy z kubkiem herbaty i trzęsąc się z zimna zadzieraliśmy głowy aż nas rozbolały karki.

IMG_20190818_164223IMG_0003IMG_0709

Spałyśmy trzy w dwuosobowym namiocie. Mój był wciąż w rozsypce, więc Józefina i Weronika zgodziły się mnie przygarnąć, choć znałyśmy się dopiero od kilku godzin. Za każdym razem, gdy jedna chciała się przewrócić na drugi bok, pozostałe dwie też musiały. Przewracanie synchroniczne. Ale przynajmniej było ciepło.

Rano znowu padało. Uznaliśmy, że w tych warunkach przechodzenie przez przełęcz Ala-Kul nie ma sensu, bo na pewno leży tam mnóstwo śniegu. Zdecydowaliśmy się na podejście do jeziora i powrót tą samą drogą.

Pięliśmy się po stromej, wąskiej ścieżce, obok której wartko płynęła rzeka Kurgak-Ter, a nasze buty cmokały śmiesznie, gdy odrywaliśmy stopy od zasysającego je błota.

Myśl o tym, że będę miała schodzić po tym śliskim błocie, a wyżej po śniegu wywołała u mnie mały atak paniki. Zdarza mi się to czasem. Lęk wysokości przejmuje kontrolę nad moimi nogami. Zaczynają się trząść, a w mojej głowie odgrywają się absurdalne scenariusze, jak tracę przyczepność i ląduję z głową rozwaloną na jakiejś skale kilkadziesiąt metrów niżej. I tak, zamiast być silną, niezależną i nieustraszoną kobietą, trzęsłam portkami.

To był lęk kompletnie irracjonalny, wiedziałam o tym dobrze. W sumie to był zwykły szlak dla zwykłych turystów, nic niebezpiecznego. Na dobrą sprawę zdarzało mi się przechodzić przez bardziej eksponowane miejsca. Tym razem jednak skapitulowałam i nie dotarłam ostatecznie nad jezioro Ala-Kul. Czekałam na resztę 200 metrów poniżej. Chłopaki pokazały mi zdjęcia, pocieszając , że aż tyle nie straciłam. Akurat tego dnia jezioro było spowite mgłą i kolor wody też był bardziej przygaszony, nie taki intensywnie lazurowy jak na zdjęciach z internetu.

Karakol (znowu)

Wróciliśmy do Karakolu dzień wcześniej niż planowaliśmy. Wobec tego moje urodziny, zamiast świętować w górach, spędziłam w mieście i praktycznie cały dzień jadłam. Zrobiłam tak, jak pisali na stronie destinationkarakol.com: „come for the mountains, stay for the diverse culture and cuisine”. Chociaż może bez przesady z tą kulturą. Ale cuisine jak najbardziej. Najpiew zachodnie śniadanie, czyli pankejki w hostelu. Potem lokalnie, aszlam-fu, czyli zupa na zimno w małym barze przy bazarze. Potem zachodnio brownie i kawa. Wieczorem znowu lokalnie, specjalność kuchni ujgurskiej – lagman w wersji wegetariańskiej.

IMG_20190823_121559_HDR
Karakolski streetart

Zaszłam do sklepu z antykami na Toktogula 249. To miejsce polecił mi Luc, jedząc w górach owsiankę swoją wspaniałą sowiecką łyżką nabytą właśnie w tym sklepiku. Był niezwykle zadowolony ze swojego zakupu.

– Koleś ma tam masę radzieckich rzeczy, to prawdziwy skarbiec – ekscytował się.

Kolekcja zgromadzona przez Aleksandra Korablewa robiła wrażenie. Lenin na płótnie, Lenin szkicowany węglem, Lenin gipsowy, Lenin z brązu, Lenin na proporcach. Równie szeroki wybór Stalinów. Jakieś pojedyncze Matki Boskie i Jezusy umieszczone po drugiej stronie, żeby nie mieszać radzieckich bogów z chrześcijańskimi.

Stare aparaty, Zorki, Smeny, Zenity, z tymi śmiesznymi wąskimi obiektywami. Kiczowate figurki: kotki, słoniki, jelenie, ptactwo wszelkiej maści: kwoki, kaczki, skowronki, wszystkie z białej porcelany i ze złoconymi zdobieniami. Bombki, łyżki, wazy, czarki, czapki, tarczowe telefony, zegary ścienne i małe budziki, trąbki i puzony, zmatowiałe przez czas. Porcelanowe lalki, stojące sztywno na półkach i patrzące na odwiedzających wytrzeszczonymi szklanymi oczami. Klasery z tysiącami znaczków, uporządkowanymi tematycznie. Zatrzęsienie przedmiotów, które miały nadzieję, że jeszcze przyciągną czyjś wzrok i dostaną szansę na zmartwychwstanie. Większość musiała się jednak pogodzić z faktem, że ich świetność minęła bezpowrotnie wraz z radziecką epoką.

IMG_20190820_152514IMG_20190820_153207

Dżeti Oguz

Wybrałam się rowerem do leżącego 35 kilometrów od Karakolu kurortu Dżeti Oguz. Z lekko już blaknących łąk wyrastały wielkie skalne cielska, olbrzymie zlepieńce w kolorze intensywnej, miedzianej czerwieni. Ich kształt i fałdy kiedyś komuś skojarzyły się z cielskami rozjuszonych byków, stąd nazwa Dżeti Oguz, po kirgisku Siedem Byków. Wyglądały trochę nie na miejscu, jakby je ktoś wkleił w ten stonowany pejzaż.

W cieniu byków leżało radzieckie sanatorium. Przy drodze stały stragany z miodem i jakimiś lokalnymi wyrobami, nad rzeką rodziny rozkładały kocyki i urządzały sobie piknik. Po drodze prowadzącej dalej w głąb doliny beztrosko spacerowały sobie krowy, brodząc w rudawym błocie. Senność tego miejsca przerwała orkiestra klaksonów. Orszak weselny jechał wężykiem w stronę sanatorium. Trochę to dziwne, bo była środa. Chłopacy w autach wychylali się przez opuszczone szyby i coś tam krzyczeli, oznajmiając całemu światu, a przynajmniej całej dolinie, że oni dziś imprezują.

IMG_0062IMG_20190821_135529_HDRIMG_20190821_143810_HDR

Do Karakolu wracałam bocznymi drogami. Jak okiem sięgnąć ciągnęły się spalone sierpniowym słońcem łąki. Grupka chłopców, na oko siedmio-ośmiolatków, siedziała w trawie, delektując się wolnością ostatnich dni wakacji.  Jeden z nich wybiegł na drogę, krzyknął „hello!” i wyciągnął rękę do przybicia piątki. Często się to zdarzało, przemiłe dzieciaki krzyczące „hello, how are you?” i przybijające piątki. Uważałam, że to urocze. Wyciągnęłam rękę i dopiero na ułamek sekundy zanim moja dłoń dotknęła dłoni chłopca zobaczyłam coś w jego oczach. Zaczepność jakąś. Szatański wzrok. Czystą złośliwość. Przytrzymał moją rękę, a ja runęłam jak długa. Z unurzanego w piachu kolana popłynęła mała strużka krwi. Chłopiec zarechotał zadowolony z psikusa i odbiegł do swoich kolegów.

Moja znajomość rosyjskiego nie była wystarczająca, żeby go porządnie zbesztać. Leżałam więc dalej na środku drogi, starając się robić wrażenie, że stało mi się coś poważnego. Udałam, że nie mogę wstać. Dzieciak cały czas się przyglądał. Chytry uśmieszek spełzł z jego twarzy a w oczach zaszkliły się łzy. Chyba się wystraszył. Jego starszy kolega dosiadający osiołka zaczął mu coś tłumaczyć. Smarkacz podszedł ze spuszczoną głową

– Sorry, sorry, izwinicie – wymamrotał, pociągając nosem.

– Wsio haraszo – powiedziałam i na pojednanie uścisnęłam mu rękę.

Dżyrgalan

– Ja nigdzie nie jadę, to jest impreza typowo pod turystów, ja się w taką masówkę nie bawię. Nie będę kolejnym numerkiem! – zapowiedział Hiszpan Oliver zapytany, czy wybiera się na festiwal do Dżyrgalan. Impreza miała bardzo trendy brzmiącą nazwę J-fest i mówili o niej wszyscy w Karakolu.

Sem, Holender, który również od kilku dni mieszkał w Hostelu Duet miał wolne miejsce w samochodzie, więc uniknęłam męczarni w przepełnionej marszrutce. Po godzinie jazdy dotarliśmy do Dżyrgalan, górniczej mieściny nieopodal kazachskiej granicy. Na wielkim trawiastym placu organizatorzy uwijali się przy rozkładaniu sceny i podłączaniu kabli nagłośnienia. Nie wyglądało to na imprezę masową. Gośćmi byli faktycznie głównie zachodni turyści, ale pojawili się też miejscowi. Starsi panowie na tę wyjątkową okazję włożyli koszule, niektórzy na głowach mieli kalpaki – tradycyjne białe filcowe czapki ze złotymi zdobieniami. Przypominały ośnieżone górskie szczyty. Ci bardziej wyluzowani nosili z kolei czapki z daszkiem, też białe i z takimi samymi, tradycyjnymi złotymi wzorami.

Dostaliśmy ulotki z programem po rosyjsku. Było tam wszystko. Uroczyste otwarcie, przemówienie Pana Burmistrza, bieg przełajowy, wyścig kolarstwa górskiego, występy muzyczne i taneczne, lunch, szkolenie pierwszej pomocy, mecz kok boru, wycieczka w góry z przewodnikiem – trochę tego, trochę tamtego.

Przemówienie burmistrza tłumaczyła na angielski zestresowana nastolatka. Głos jej się trząsł, ale walczyła dzielnie, biedna. Po burmistrzu na scenę weszła szefowa lokalnej turystycznej organizacji.

– My tu w Dżyrgalan od pięciu lat wspólnie pracujemy nad projektem Destination Jyrgalan, chcemy, żeby za kilka lat nasze miasteczko stało się kirgiskim Chamonix – mówiła przez mikrofon.

W Chamonix wprawdzie nigdy nie byłam, ale Dżyrgalan nie przypominało żadnego z alpejskich kurortów, które widziałam. Zamiast ogromnych gmachów pięciogwiazdkowych hoteli i odpicowanych drewnianych pensjonatów było kilka guesthouse’ów z wychodkiem na podwórku i ani jednej knajpy, tylko ciasny sklepik z towarami stojącymi bez ładu w kartonach na podłodze. I nie żebym romantyzowała proste wiejskie życie, ale myślę, że jak Dżyrgalan kiedyś faktycznie stanie się kirgiskim Chamonix z wielkim hotelem SPA i wypasioną kolejkę gondolową, to cały czar pryśnie. Chyba wolę zapadłe dziury niż odpicowane resorty. Mimo to trzymam kciuki za Destination Jyrgalan. Może uda im się rozwinąć turystykę tak, żeby nie zepsuć klimatu, nie zrobić bezdusznej masówki.

Przed stojącą przy scenie jurtą zaczął się pokaz kirgiskich strojów narodowych. Szczęście, że tegoroczny J-fest przypadł na dość chłodny dzień, bo modele i modelki mieli na sobie mnóstwo warstw. Rosły osiłek z dziarą na szyi wyglądał na zażenowanego faktem, że paraduje w cętkowanej szacie i wilczej skórze zarzuconej na ramiona. Młode dziewczyny w fantazyjnych czapach uśmiechały się nieśmiało, gdy kobieta z mikrofonem objaśniała korelację między liczbą dzieci posiadanych przez kobietę a wysokością jej kapelusza.

IMG_0066

Na scenę wkroczyły dziecięce zespoły taneczne w tradycyjnych strojach i adidasach, żwawo tańczące do tradycyjnej muzyki z nowoczesnym bitem. Po ich występach zaczęły się przygotowania do najbardziej ekscytującego punktu programu – turnieju Kok-boru, narodowego sportu Kirgizów.

Przyniesiono truchło kozy pozbawione głowy i ze związanymi kopytami. Pojawili się mężczyźni na koniach i na sygnał sędziego rozpoczęli grę. Jeden z nich poderwał zwierzęce zwłoki, jak gdyby nie ważyły one nic i przerzuciwszy je przez grzbiet konia pogalopował w stronę bramki. Natychmiast obok niego pojawiła się dwójka graczy z drużyny przeciwnej blokując mu drogę. Ciężko było się zorientować, kto właściwie gra z kim, bo każdy był ubrany jak chciał. Nie było żadnych barw klubowych, tylko wyświechtane dżinsy albo wyblakłe dresy. Zawodnicy z akrobatyczną wręcz zwinnością wychylali się z konia, kiedy trzeba było zgarnąć kozę z ziemi. Rozentuzjazmowany spiker co i rusz zakrzykiwał: this is a sport for real men! Kozie zwłoki wędrowały z rąk do rąk, rumaki gnały, jeźdźcy walczyli z wargami zaciśniętymi w skupieniu, a wkoło tego wszystkiego latały furiacko pasterskie kundle, którym o dziwo nawet przez myśl nie przechodziło, by zaczaić się na mięso, o które toczyła się gra. Cała ta kotłowanina była na swój turpistyczny sposób hipnotyzująca.

IMG_0090IMG_0100IMG_0113

Prawdziwi mężczyźni skończyli swoją grę, a my wraz z młodym lokalnym przewodnikiem Nursułtanem udaliśmy się na górską wędrówkę do jeziora Turnaluu. Szliśmy przez niekończące się łąki i pastwiska. Zrozumiałam, o co chodziło z tym kirgiskim Chamonix. Dolina była rozległa i piękna. Można by wędrować godzinami, a łagodne stoki musiały zimą być idealną areną do jazdy na nartach. Jezioro Tornaluu było niewielkie. Otaczały je świerki. Na horyzoncie zaczęły zbierać się gęste, kłębiaste chmury. Powietrze zastygło na moment, a potem wypełniło się pomrukami grzmotów. Przyspieszyliśmy kroku i zanim na dobre rozkręciła się burza byliśmy już w Jyrgalan.

IMG_0130 (2)IMG_0135IMG_20190824_180714

Chon Ashuu

Nie było żadnych świateł, żadnego domu, żadnej lampy, niczego. Nawet gwiazdy były schowane za chmurami. Przecinaliśmy tę absolutną ciemność światłami samochodu. Dziury w sowieckim asfalcie były wypełnione po brzegi wodą i nie było ich widać, więc co i rusz w jakąś wjeżdżaliśmy. Zjechaliśmy na łąkę, płaską, z paroma wielkimi głazami i pospiesznie rozstawiliśmy namiot. Miałam nadzieję, że wytrzyma ulewę.

Był to najtańszy namiot dostępny w Extreme Tour, wypożyczalni sprzętu prowadzonej przez Igora, postawnego Rosjanina koło pięćdziesiątki z zaplecionymi w warkoczyki siwymi wąsami i groźnym spojrzeniu. Wyświechtane płótno było poklejone szarą taśmą i pewnie służyło jeszcze radzieckim turystom zdobywającym szczyty Tien-Szanu.

Na szczęście pogoda zaczęła się poprawiać zanim zdążyliśmy umyć zęby. Gęsta powłoka chmur miejscami się rozstąpiła i nawet pokazały się gwiazdy.

Rano zobaczyliśmy, w jak pięknym miejscu spaliśmy. Rozsunęłam suwak namiotu i zobaczyłam majestatyczne szczyty skąpane w porannym, ostrym słońcu. Pięły się ostro w górę, na tych wyższych leżała czyściutka warstwa świeżego śniegu. Cała łąka i namiot pokryte były szronem.

IMG_0155IMG_20190825_073901IMG_20190825_071958

Ruszyliśmy dalej w górę. Stary sowiecki asfalt przepadł bez wieści. Auto łagodnie podskakiwało na zmrożonych koleinach i wybojach. Zielone łąki zastąpił surowy rdzawo-brunatny krajobraz, częściowo pokryty śnieżną kołderką. W zimowych warunkach wjechaliśmy na leżącą na 3822 m przełęcz Chon Ashuu. Koło drogi stały popadające w ruinę ceglane budynki z ziejącymi pustką otworami na okna. Przybiegły dwa psy o jasnej, trochę skołtunionej sierści. Obszczekały nas i za chwilę pojawiła się ona.

Ubrana była w kilka wełnianych warstw. Stała i się nam przyglądała. Korzystając z obfitości białego złota, Sem zainaugurował bitwę na śnieżki. Dziewczynka skwapliwie podjęła rzuconą rękawicę i zaczęła walczyć, jakby chodziło o śmierć i życie. Za chwilę przyszła jej matka, w grubaśnych kolorowych skarpetach po kolana. Przywitaliśmy się i powiedzieliśmy jej, że nie spodziewaliśmy się, że ktoś tu mieszka.

– Tylko latem – powiedziała – mąż pracuje przy remoncie drogi.

IMG_0228IMG_0180IMG_0197IMG_0216IMG_0219

Nawet latem warunki do mieszkania musiały być tam niezwykle surowe. Zimno, wiatr i w zasięgu wzroku tylko skalne wierzchołki. Wszędzie było daleko. 50 kilometrów w stronę chińskiej granicy było miasteczko Inylczek, ale tam też podobno niewiele było życia odkąd zamknięto radziecką kopalnię. Zostały puste bloki i jakieś 20 rodzin. Do Karakolu było 80 kilometrów, ale po tej drodze jechało się jakieś dwie godziny. Jak zasypało albo zrobiło się jakieś osuwisko na drodze, to rodzina była odcięta od świata.

Wróciliśmy do hostelu Duet. W recepcji czekała na mnie podłużna przesyłka – zapasowe części do namiotu. Rurka była wprawdzie trochę za długa, ale przycięłam ją i przypiłowałam scyzorykiem. Po prawie dwóch tygodniach mogłam w końcu ruszyć.

– Chciałabym zapłacić za jeszcze jeden nocleg – powiedziałam do siedzącej w recepcji Any.

– Jeden?

– Tak, jutro jadę dalej.

– Good, it’s time to move on – skomentowała.

Jak już nawet właściciele hostelu ci mówią, że czas ruszyć dalej, to znaczy, że faktycznie, chyba się zasiedziałam – pomyślałam.

Na pożegnanie kupiliśmy gruzińskie wino. Miało być półwytrawne, okazało się obrzydliwie słodkie i obrzydliwe generalnie.

– Trochę się cykam jechać sama – przyznałam przed chłopakami.

– Jadę jutro do Biszkeku i potem trochę jeszcze pojeżdżę po kraju, możesz dołączyć jak chcesz – powiedział Sem.

Nie byłam pewna, co zrobić. Z jednej strony średnio uśmiechało mi się biwakowanie samej biorąc pod uwagę dotychczasowe incydenty, zwłaszcza ten z ekshibicjonistą na koniu. Nie pogardziłabym dobrym towarzystwem. Z drugiej strony: przyjechałam tu na rower. Chciałam jeszcze przejechać południe Kazachstanu, do Ałmaty. Już i tak w czasie tego wyjazdu jeździłam więcej wszystkim innym niż rowerem.

Z głową ciężką od dylematów i wina kiepskiej jakości położyłam się na piętrowym łóżku w jurcie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s