Kirgiskie historie, część 4: krótki rowerowy epizod solo i bezrowerowy epilog

You can read this story in English here.

Chon-Ashuu

Czułam na sobie ich spojrzenia.

– Jesteś sama?

– Nie, mój mąż jedzie zaraz za mną – odpowiadałam. Niestety wiedziałam, że jeśli zostaną przy drodze trochę dłużej, przekonają się, że mój mąż albo ma pelerynę niewidkę, albo nie istnieje.

Nie spodziewałam się tylu ludzi w drodze na przełęcz Chon-Ashuu. Widzieli, jak jadę pod górę w ostatnich promieniach chowającego się za górami słońca. Było oczywiste, że będę biwakować w górach, sama, jako że w okolicy nie było żadnych guesthouse’ów ani jurt. Niepokoiła mnie ta myśl.

To był męczący dzień. Długiego podjazdu w piekącym słońcu nie ułatwiały ból głowy i odwodnienie. No cóż, trzeba było pomyśleć o konsekwencjach wychylenia kolejnej szklanki wina dzień wcześniej.

Mimo wszystko dobrze było znów być w drodze. Z całym dobytkiem w dwóch sakwach i prostym planem dnia. Jedziesz, jesz, jedziesz, jesz, jedziesz, rozbijasz obóz, jesz, śpisz. Jak migrujące zwierzę. Tylko zamiast przemieszczać się w poszukiwaniu ciepła i bezpieczeństwa, zostawiałam ciepło i bezpieczeństwo, by szukać czegoś innego. Jakiś instynkt kazał mi ruszać w nieznane.

Po co znowu jechałam na przełęcz Chon-Ashuu?

–  Nie mam nic do udowodnienia. Ani sobie, ani innym – twierdziłam.

Bzdury. Szukałam wyzwania, szukałam potwierdzenia, że mogę jeździć szybciej, wyżej, dalej. Wiedziałam, że to dziecinne, ale nadal lubiłam te cyferki, którymi można się przechwalać. Wjechanie na Chon-Ashuu autem nie wystarczało. Musiałam wrócić i zmierzyć się z 3822 metrową przełęczą na rowerze, pokonać ją siłami moich mięśni. Oto więc byłam, dzięki moim bezsensownym ambicjom.

IMG_20190826_175600_01IMG_20190826_185439_01

Rozbiłam namiot, próbując ukryć go za skałą i dałam nura, by urządzić sobie mój apartament na tę noc. Szukałam właśnie kuchenki, gdy usłyszałam tętent kopyt. Były coraz bliżej.

– No to nie będzie obiadu – westchnęłam. Wolałam uniknąć tête-à-tête z kręcącym się wokół mojego obozu nieznajomym. Może miałam paranoję, ale po niektórych kirgiskich spotkaniach postanowiłam porzucić moją ślepą wiarę w ludzi i być nadmiernie ostrożna, dopóki byłam sama. Zostałam w namiocie i zabiłam głód chlebem z serem i Snickersem. Odżywcze jak cholera, doprawdy.

Po zmierzchu odgłosy umilkły. Rozsunełam zamek namiotu i zaciągnęłam się pustką. Umyłam zęby wpatrując się w niewyraźne sylwetki gór majaczące w bladym świetle gwiazd. Powietrze pachniało zimnymi, mokrymi skałami i zmianą.

Rano, w akompaniamencie świstu świstaków i wiatru stoczyłam bitwę ze sobą i z wyboistą drogą. Mroczne chmury zawisły nad doliną Sary-Dżaz. Wyglądała zupełnie inaczej niż dwa dni wcześniej. Zabawne jak bardzo percepcja miejsca zależy od pogody. Od pogody, nastroju dnia, ludzi wokół. Jedna wizyta nigdy nie wystarcza, by poznać miejsce. Dlatego lubię wracać. Latem, zimą, w słoneczny dzień, w deszczowy dzień, w mglisty dzień, podczas burzy, podczas wschodu, podczas zachodu. Tym razem Sary-Dżaz pokazała mi swoją posępną twarz. Wszystko było monochromatyczne. Brunatne skały pod pochmurnym niebem wyglądały jak blada fotografia w sepii.

Brakowało mi tchu, chociaż zostawiłam sakwy za skałą na moim obozowisku i mój rower ważył jakieś dwadzieścia kilo mniej niż zwykle. Rozrzedzone powietrze dawało o sobie znać. Z mojego czoła kapały krople potu zmieszanego z deszczem. W końcu minęłam znajomą skałę z narysowanym kredą ufoludkiem i dotarłam na przełęcz. Stare budynki w deszczu wyglądały smutno. Przybiegły psy i obszczekały mnie entuzjastycznie, ale poza nimi nikt się nie pojawił. Pod domem stał podrdzewiały czerwony Passat, jednak rodziny którą spotkaliśmy dwa dni wcześniej najwidoczniej nie było. Byłam rozczarowana. 

– O, to znowu ty, przyjechałaś aż tu na rowerze? Maladziec dziewuszka! – taka mała pogawędka byłaby dobrą nagrodą za ten przeklęty podjazd. Niestety, musiałam się zadowolić Snickersem zjedzonym na dwa chapsy. Zaczęłam się trząść, więc założyłam kurtkę i narciarskie rękawice i pospieszyłam z powrotem w dół. IMG_20190827_101220_01IMG_20190827_130536_01IMG_20190827_131529_01IMG_20190827_132045_01

W dolinie jakiś starzec stał przy drodze i kontemplował nicość. Wyglądał jak starożytny chiński mędrzec. Złote zęby błysnęły w delikatnym uśmiechu, gdy powiedział coś po kirgisku. Gardłowe dźwięki brzmiały jak jakieś zaklęcie albo życiowa mądrość, ale pewnie były jedynie próbą smalltalku. Właściwie nie jestem już pewna, czy w ogóle istniał. Czasami tak mam, jak podróżuję sama, że po jakimś czasie wspomnienia mieszają się ze snami, a ja nawet nie mam kogo zapytać, czy to się wydarzyło. Może nie było żadnego starożytnego mędrca? Może go sobie wymyśliłam?

Koniec dnia przyniósł kryzys. Jakieś typki gwizdały za mną, gdy przejeżdżałam przez wioskę, nogi były jak z ołowiu, droga do Dżyrgalan była w okropnym stanie i, na domiar wszystkiego, złapałam kapcia. Tylko rzuciłam okiem i zaczęłam pchać rower. Robiło się już ciemno i naprawdę nie chciało mi się zmieniać dętki na ostatnie cztery kilometry. Czułam się wymięta i bezsilna, a cztery kilometry trwały wieczność.

Dżyrgalan

Z szosy dostrzegłam namiot nad rzeką. Świetnie, może nie będę musiała dziś biwakować sama!

Para dwudziestolatków właśnie wychodziła z lodowatej kąpieli w rzece Jyrgalan.

– Hej, mogę się rozbić obok was?

– Jasne, zapraszamy!

Po trzech zdaniach okazało się, że też są z Polski. Pogadaliśmy trochę przy kolacji i wcześnie położyliśmy się spać, bo moi sąsiedzi musieli wstać wcześnie, by złapać pierwszą marszrutkę do Karakolu. Gdy się obudziłam, już dawno ich nie było.IMG_20190828_075756_01

Jak jakiś Włóczykij spędziłam pół dnia leniwie siedząc nad rzeką, brzdąkając na ukulele i obserwując wędrujący potok. Trzy kubki kawy, cztery kubki herbaty i jedną załataną dętkę później przeniosłam się do miasteczka i zameldowałam się w nieco drogim, chociaż przytulnym guesthousie prowadzonym przez młodą kobietę o imieniu Aziza.

–  Uważasz, że 600 som za łóżko w dormitorium to dużo? – zapytała.

– No wiesz, w Karakolu spokojnie znajdziesz hostel za połowę tej sumy. 

– Ale w Karakolu nie ma Azizy.

Z tym nie sposób było się kłócić. Aziza była faktycznie wyjątkowa. W jej oczach błyszczał entuzjazm, a jej ruchy były mocne i żwawe. Wyglądała na osobę, która robi to, co jej się podoba. Prosto z mostu wypytywała swoich gości o ich przekonania, wierzenia czy życie miłosne i raz po raz wybuchała szczerym, perlistym śmiechem, gdy wszyscy siedzieliśmy w kuchni przy kubku herbaty.

Usiadłam na moim łóżku, starając się przeanalizować trasę do mojego następnego celu – Kanionu Szaryńskiego, znanego jako Wielki Kanion Kazachstanu. Wiedziałam, że będzie tam sporo turystów, a zawsze to raźniej biwakować w towarzystwie.

Od kanionu dzieliło mnie 120 kilometrów przez kiepskiej jakości szutry. Przejechać to w jeden dzień? Teoretycznie do zrobienia ale czy byłaby z tego jakaś przyjemność? Wątpliwe. Nie bardzo podobało mi się także rozbijanie trasy na dwa dni. Musiałabym biwakować gdzieś przy granicy, sama. Mało kusząca opcja. Zazwyczaj dziwnie się czuję w strefach przygranicznych, jest tam jakaś podejrzana aura.

– Chrzanić to, wracam do Biszkeku! – postanowiłam.

Trochę źle się czułam odpuszczając, ale tak podpowiadało mi uczucie w żołądku. Z perspektywy czasu mogłam powiedzieć, że przeważnie na dobrze mi wychodziło słuchanie tego wewnętrznego głosu. Nie żeby mój żołądek posiadał jakąś tajemną wiedzę o świecie i życiu, ale jakoś zawsze opłacało się słuchać jego podpowiedzi. 

Biszkek

Wstałam wcześnie na marszrutkę do Karakolu. Matka Azizy, żwawa starsza pani odprowadziła mnie do bramy i ciepło pożegnała. Marszrutka podjechała, zaspany kierowca załadował mój rower do bagażnika. Przyjście na przystanek pół godziny przed odjazdem było dobrym pomysłem, bo chwilę później bus był wyładowany po brzegi ludźmi i ich dobytkiem. Turystami z wielkimi plecakami i babuszkami z poliestrowymi ruskimi torbami wypchanymi rozmaitościami, które zamierzały sprzedać na bazarze w mieście. Wydawało się, że każdy centymetr sześcienny marszrutki jest zajęty, jednak za każdym razem, gdy kierowca zatrzymywał się, by zgarnąć kolejną babuszkę czekającą na poboczu, okazywało się, że miejsca jest jeszcze sporo. Magia.

Kupiłam jakieś przekąski na bazarze w Karakolu i, pomiędzy setkami identycznych marszrutek znalazłam jadącą do stolicy. Siedząca obok mnie nastolatka spoglądała na mnie ukradkiem. Zdjęłam słuchawki i przedstawiłam się.

-Jestem Olga – odpowiedziała. – Ile masz lat?

-28.

-Masz męża? Dzieci?

-Nie.

-Dlaczego? – spojrzała na mnie zszokowana.

Jechaliśmy wzdłuż północnego brzegu jeziora Issyk Kul. Nikły powiew rześkiej bryzy wpadł przez otwarte okno, gdy mijaliśmy radzieckie uzdrowiska, Czołponatę i Grigorjewkę. Gdzieś koło Kemina kierowca zarządził postój przy zakurzonej knajpie. Kleiłam się już do siedzenia, więc z ulgą wyszłam rozprostować nogi i złapać trochę powietrza.

Marszrutka wjechała do Biszkeku w godzinach szczytu.

Złożyłam mój rower i ruszyłam w kierunku hostelu Tunduk. W gardle drapało mi od wiszącego w powietrzu syfu, gdy przemierzałam szachownicę biszkeckich ulic. Po dziesięciu kilometrach moja koszulka była przesiąknięta potem. 

W Tunduku Sem powitał mnie dokładnie tym pytaniem, które w tamtej chwili potrzebowałam usłyszeć.

– Jesteś głodna?

A po kolacji rzucił kolejne.

– To co, jedziesz jutro ze mną? 

Usiedliśmy na brzegu basenu z mapą zatytułowaną “Kyrgyzstan. Map for tourists and businessmen”. Szkicując trasę, nie mogłam pozbyć się wizji brzuchatego rosyjskiego biznesmena w tandetnym gajerze, który pochyla się nad tą samą mapą i mamrocze: “Dżalalabad… To wygląda na dobre miejsce na biznes…”

Nazajutrz, czując się jak zdrajca, zostawiłam mój rower w Tunduku i wsiadłam do auta Sema. 

Pierwszym przystankiem był park narodowy Ala-Arcza, zaledwie godzinę jazdy od miasta, a jednak kompletnie z innej bajki. Świeże powietrze, spokój i majestatyczne góry. Pośród nich Szczyt Ucziciel, znany jako idealny szczyt dla tych, którzy chcą zdobyć swój pierwszy czterotysięcznik. Nam wystarczało podziwianie wielkich gór z dołu i wycieczka do wodospadu Ak-Sai. IMG_0252b_01IMG_0255_01

Po nocy nad rzeką Ala-Arcza ruszyliśmy w stronę przełęczy Too Ashuu, co po kirgisku oznacza przełęcz. Komuś najwyraźniej wyczerpały się pokłady kreatywności przy nazywaniu wszystkich przełęczy w okolicy. Droga prowadziła przez trzykilometrowy tunel na wysokości 3180 metrów, kilkaset metrów poniżej samej przełęczy. W środku było duszno i cuchnąco. Całe szczęście, że nie musiałam tędy jechać rowerem. Byłoby to traumatyczne przeżycie, jechać przez ciemny  tunel, pośród aut ziejących toksycznymi oparami. Zwłaszcza biorąc pod uwagę swobodne podejście kirgiskich kierowców do zasad bezpieczeństwa na drodze. 

Ming-Kusz

Druga strona była pustynna i surowa. Rozłożyliśmy nasz obóz na spieczonym słońcem, wietrznym zboczu. Jedynym śladem człowieka była rysująca się na horyzoncie linia wysokiego napięcia.IMG_0270_01IMG_0272_01IMG_0274_01IMG_0303_01IMG_20190831_183828_01

Rano skręciliśmy w wąską drogę prowadzącą donikąd. W tym przypadku donikąd nazywało się Ming-Kush, czyli po kirgisku Tysiąc Ptaków.

W latach pięćdziesiątych miasta Ming-Kush, wraz ze znajdującą się tam jedną z największych sowieckich kopalni uranu, nie można było znaleźć na żadnych mapach. Top secret. Tylko osoby ze specjalnymi przepustkami mogły tam wjechać. W czasach świetności 20 tysięcy ludzi żyło pośród majestatycznych gór, kryjących cenne złoża. Dzięki kopalni, Ming-Kush miał specjalny status ekonomiczny. Sklepy były zaopatrzone w towary luksusowe, których nie można było kupić nawet w stolicy. W 1968 kopalnię zamknięto, a zamiast niej otwarto fabrykę flamastrów. W końcu razem z upadkiem Związku Radzieckiego upadła także fabryka. Złota era Ming-Kusza dobiegła końca. Większość populacji wyjechała z braku zajęcia w odosobnionej dolinie.

Ciepłe światło porannego słońca uwydatniało błękit farby łuszczącej się na ścianach drewnianych domów. Były podniszczone, a jednak na swój sposób urocze. W części okien brakowało szyb, otwory były zaklejone foliowymi płachtami. Tylko w niektórych wisiały białe firanki, stare plakaty lokalnych gwiazd popu czy inne oznaki zamieszkania. 

Miasteczko było cmentarzyskiem samochodów. Pordzewiałe, bez kół, spoczywały w pokoju na placach i podwórkach. Na masce jednego z nich biały kot rozkoszował się ciepłym niedzielnym porankiem.

Weszliśmy do sklepu po coś na śniadanie. Wybór był o wiele większy, niż w większości sklepików na prowincji. Na półkach obok jakichś makaronów, słoików i rozmaitych słodyczy stały kosmetyki, naczynia i kolorowe, plastikowe zabawki. Zmęczona kobieta za ladą zważyła pomidory na starej wadze szalkowej i podliczyła należność na liczydle. Na drogę dała nam po cukierku.IMG_0345_01IMG_0351_01IMG_0354_01IMG_0356b_01IMG_0368_01IMG_0374b_01IMG_0491_01

Siedzące na ławeczce trio starszych panów pomachało nam, gdy pięliśmy się dalej w górę. Zatrzymaliśmy się przy wejściu do kopalni. Krajobraz był księżycowy – suchy, zakurzony i szary.

Pojechaliśmy do starej fabryki flamastrów. Wąski komin górował nad pozostałościami budynków. Przekroczyliśmy próg i trafiliśmy na stos niebieskich wkładów. Zahipnotyzowani wędrowaliśmy przez korytarze i sale w rozsypce. Jedna z nich stała się toaletą dla krów wypasających się na wzgórzach nad miastem. Minęło prawie 30 lat odkąd ostatni z pracowników spakował wszystko ze swojej szafki i wyszedł. Od tamtej chwili, dzień po dniu, fabryka się rozpadała. Cegła za cegłą, odsłaniając metalowe zbrojenia. Trudno było sobie wyobrazić to wymarłe miejsce wypełnione rozmowami pracowników i buczeniem maszyn. O dziwo rozwijało się tam jakieś życie. Wątłe, delikatne osiki wyrastały wbrew wszelkim przeciwnościom pośrodku ruin, a ich zielone listki pięknie kontrastowały z resztkami lazurowej farby na ścianach.IMG_0391_01IMG_0401_01IMG_0405_01IMG_0425_01IMG_0457_01IMG_0489_01

Son-Kul

Mała górska droga prowadząca obok kopalni węgla zaprowadziła nas na południowy brzeg Son-Kul.

W poszukiwaniu orzeźwienia po podróży zanurzyłam się w niespokojnych wodach jeziora. Chłodny wiatr hulał po płaskowyżu, więc po wyjściu musiałam założyć na siebie prawie wszystkie ciuchy. Siedzieliśmy na brzegu z plastikową butelką piwa, którą kupiliśmy w sklepiku w jurcie nieopodal, gdy pojawił się jeździec na białym koniu. Za nim przydreptał kundelek.

– Macie papierosa? – zapytał.

Sem wręczył mu paczkę. Nieznajomy zapalił i w zamian zaoferował Semowi konną przejażdżkę. Jego rumak był hipnotyzująco piękny. Kroczył z gracją i godnością i smutno patrzył przenikliwymi błękitnymi oczami.IMG_0520_01IMG_0516_01

Po zachodzie wiatr się uspokoił. Kilometry płaskowyżu wypełniły się ciszą. Każda cząstka powietrza była nieruchoma, co powodowało dziwne wibracje w ciele. To była cisza ogromnej świątyni, bez dachu i ścian. 

Mój umysł nie radził sobie z ogarnięciem stepowej przestrzeni. Migocząca na horyzoncie woda wydawała się być blisko. Myślałam, że namiot stoi tuż nad jeziorem, ale gdy rano wyszłam na spacer, dotarcie nad brzeg zajęło mi 40 minut.

Ostrymi zygzakami zjechaliśmy do Naryna. Po raz pierwszy odkąd porzuciłam mój rower w Biszkeku, zaczęłam za nim tęsknić. Zjazd tą drogą byłby magiczny. Wzgórza dookoła wyglądały jakby pokrywał je zamsz. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam. Plastyczność krajobrazu była zdumiewająca. Wyglądał jak gigantyczny model o miękkich kształtach i pastelowych kolorach. Przez kilometry nie było widać ani żywej duszy, ani nawet śladu ludzkiej egzystencji.IMG_0521_01IMG_0526_01IMG_0537_01IMG_0543_01IMG_0546_01IMG_0553_01

Naryn, Tasz Rabat i droga do Chin

Otoczony dziewiczymi górami Naryn był prawdopodobnie najmniejszym miastem na świecie z linią trolejbusową. Tylko jedną, wzdłuż głównej ulicy.

Po kilku dniach pod namiotem miło było wrócić do luksusów cywilizacji. Wzięłam prysznic i rozłożyłam się na łóżku, oddając się oglądaniu w telewizji lokalnych hitów. Kolesie w błyszczących garniakach, z mnóstwem żelu we włosach z pasją śpiewali o miłości, dziewczynach i Kirgistanie, przynajmniej tyle mogłam wyłapać z teledysków. 

Poszliśmy na bazar, bo poza tym nie było zbyt wiele do roboty w samym mieście. Zresztą bazar też nie był jakiś szczególny: typowy mix jedzenia, plastikowego szajsu z Chin i podróbek Adidasa.

Za to na południe od Naryna było kilka wyjątkowych miejsc, między innymi Tasz-Rabat – najsłynniejszy kirgiski zabytek i podobno najlepiej zachowana budowla na Jedwabnym Szlaku. 

Po drodze zjechaliśmy do fortecy Koshoy Korgon. Zbudował ją Koshoy – towarzysz kirgiskiego bohatera narodowego Manasa, by chronić okolicę przed chińskimi najeźdźcami. Według recenzji na Google Maps było to “bardzo historyczne miejsce” i “najlepsze miejsce na relaks”. Rzeczywistość nieco rozczarowywała. Po dwunastowiecznej cytadeli zostały jedynie resztki glinianych ścian. Tuż obok stała kuriozalna konstrukcja muzeum. Pięć sklejonych brył z dziwacznym metalowym elementem w kształcie jakby zjeżdżalni zamocowanym na dachu. Wewnątrz znajdowała się mieszanina eksponatów archeologicznych, książek i obrazów przedstawiających głównie sceny z życia tamtejszych nomadów.

Był pierwszy września. W wiosce Kara-Suu dzieci wracały z rozpoczęcia roku szkolnego. Dziewczynki miały granatowe spódniczki i ozdobne białe wstążki we włosach. Chłopcy maszerowali dumnie w garniturach. Odświętne stroje dziwnie wyglądały na tle zakurzonych piaszczystych dróg i glinianych chałup. 

Piętnastowieczny karawanseraj Tasz-Rabat leżał wysoko w górach, na końcu wyboistej drogi. Kamienna budowla służyła jako rodzaj gospody czy hotelu dla kupców przemierzających Jedwabny Szlak. Schylając się przeszliśmy przez maleńkie drzwi i wędrowaliśmy przez liczne korytarze. W środku znajdowała się przestronna sala z kopułą. Przez niewielkie otwory w dachu wpadały snopy światła. Niektórzy historycy twierdzą, że początki Tasz-Rabat sięgają dziesiątego wieku i że oryginalnie był to nestoriański monastyr. Tłumaczyłoby to jakby kościelną atmosferę. 

Zamiast wrócić prosto do Naryna, pojechaliśmy na południe. Szosa do Kaszgaru była gładka i prosta jak w mordę strzelił. Nagie zbocza chińskiego Tien-Szanu błyszczały magnetyzująco w ostrym świetle słońca. Choć nigdy wcześniej nie marzyłam o podróży do Chin, nagle poczułam palące pragnienie, żeby zobaczyć, co jest po drugiej stronie. Pewnie tylko dlatego, że była tak blisko, a jednak poza zasięgiem. Do przekroczenia granicy na przełęczy Torugart potrzebne jest specjalne zezwolenie od chińskiego rządu i chińskie prawo jazdy. Tylko 30 kilometrów dzieliło nas od słynącej z zaawansowanej inwigilacji i kontroli prowincji Xinjiang. Fakt, że nie możemy przekroczyć granicy, czynił to co się za nią znajduje tajemniczym i kuszącym. Moc zakazanego owocu.IMG_0574b_01IMG_0584_01IMG_20190825_111938

Wieczorem w Narynie zasmakowaliśmy luksusu. Weszliśmy do jasno oświetlonej sali i usiedliśmy przy okrągłym stole na krzesłach z białymi pokrowcami. Żyrandole z podrabianego kryształu zwisały z sufitu tworząc aurę wymuszonej elegancji. W moich spranych szortach czułam się jak niechluj w tej weselnej scenerii. Odkrywając bujne życie nocne Naryna wylądowaliśmy w tej dziwacznej restauracji wraz z Simonem i Virgiljusem, których poznaliśmy wcześniej w Tasz-Rabat. Chaotyczna młoda kelnerka przyniosła nam menu ze zdjęciami jedzenia, tylko po to, by za chwilę powiedzieć nam, że tej nocy serwowana jest tylko jedna potrawa i jeden rodzaj piwa. Zamówiliśmy więc to jedyne dostępne piwo i wypiliśmy je w tej absurdalnie wystawnej sali. 

Eki-Naryn

– Dawaj, czaj! – pomachał do nas facet w średnim wieku, zapraszając do swojej jurty na herbatę. Wracaliśmy akurat ze spaceru po wydeptanych przez konie ścieżkach w zielonej dolinie Eki-Naryn.

Zdjęliśmy buty i usiedliśmy na dywanie. Stół był suto zastawiony, jak gdyby rodzina spodziewała się gości. Świeżo usmażony borsok, pachnący chleb, konfitura z malin, słodkie arbuzy pokrojone w kawałki i wiele więcej.

Ojciec rodziny zabawiał nas rozmową, podczas gdy jego żona pilnowała, żeby nie brakowało nam jedzenia i herbaty.

– Ajsza, czaj? – napełniała moją czarkę co pięć minut.

Wąwóz Eki-Naryn był cichy i rajski, z bujnymi świerkami, klifami z czerwonego piaskowca i szmaragdową rzeką. Wieczorem jedynym odgłosem był trzask iskier dobiegający z ogniska oraz nieśmiały śpiew ptaków. Czarne niebo było upstrzone gwiazdami, a cały świat zdawał się być bardzo daleko.IMG_0620_01IMG_20190904_153433_01

Balasagun

Data mojego lotu powrotnego zbliżała się nieubłaganie, musieliśmy więc powoli wracać do Biszkeku. Zatrzymaliśmy się przy wieży Burana, ostatniej pozostałości po starożytnym mieście Balasagun. Obok był mały skansen z kolekcją balbali, rzadkich pomników, którzy starożytni nomadzi Azji Środkowej stawiali swoim przodkom. Kamienne twarze patrzyły ze spokojem w kierunku wschodu.IMG_0636_01IMG_0638_01

Kręte, strome schody starego minaretu przyprawiły mnie o lekkie zawroty głowy. Z wieży Burana widok rozciągał się na rozległe łąki i majestatyczne szczyty Tien-Szanu na horyzoncie. Kontury gór rozpływały się w kłębiących się ciemnych chmurach, które potem przyniosły orzeźwiający deszcz.

Patrzyłam na krople wędrujące przez przednią szybę i poczułam przypływ melancholii. Nie miałabym nic przeciwko, żeby jeszcze trochę powłóczyć się po tych drogach. Nadal było tyle miejsc, w które mogłabym pojechać. Przełęcz Tosor. Osz. Jezioro Czatyr Kul. Enilczek. Tyle nieodkrytych tajemnic. Powodów, by wrócić.

Dotarliśmy do Biszeku. Było szaro, a powietrze było ciężkie.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s