Raj utracony – rowerem po macedonii

Za każdym razem, gdy odwiedzam Bałkany, czuję się jakbym tam wracała, choć nigdy tam nie mieszkałam. Czuję tę całą jugonostalgię, tęsknotę za czymś, czego nigdy nie znałam. Może w poprzednim wcieleniu jeździłam Yugo czy Zastavą na socjalistyczne wakacje? Południe to raj utracony, pisze Kapka Kassabova w książce „W stronę Ochrydy”. Jej opowieść o dwóch jeziorach zainspirowała moją podróż do Macedonii Północnej.

Ciężkie powietrze i ołowiane chmury wisiały nad posągami w Skopje. Starożytni filozofowie, wojownicy, byki, karmiące matki, żebracy i dominujący na głównym placu ogromny Aleksander Wielki na koniu – wszystkie te pomniki były nowe.

Przed 2010 rokiem Skopje było raczej proste i modernistyczne. Jednak nacjonalistyczny rząd chciał nadać mu bardziej klasyczny wygląd, podkreślić starożytne korzenie Macedonii. W ramach totalnej metamorfozy, nazwanej Skopje 2014, brutalistyczne fasady budynków zostały przykryte neoklasycystycznymi kolumnami i ornamentami, a każdy wolny kąt zapełniły pomniki historycznych postaci z regionu.

Nasyciwszy się tym gangsterskim barokiem (jak nazwała skopijski blichtr Kassabova), przeszłam na Stary Bazar, wdychając eklektyczną, orientalną atmosferę. Minarety górowały nad ruchliwym placem, gdzie handlarze sprzedawali pstrokate dywany, błyszczące dzbanki do kawy i inne przypadkowych rzeczy, takie jak mundury jugosłowiańskiej armii. Uśmiechali się do mnie, pytając skąd jestem i próbowali zainteresować mnie swoimi produktami.

Wspięłam się stromą drogą w kierunku twierdzy Skopsko Kale. Podczas prac renowacyjnych na terenie twierdzy robotnicy odkryli XIII-wieczny kościół. Zaczęli go remontować, ale nie skończyli.

Dlaczego? Konserwatywny rząd (na czele z Nikolą Gruewskim, tym samym, który odpowiadał za projekt Skopje 2014) chciał na jego fundamentach zbudować muzeum w kształcie kościoła. Albańskim muzułmanom stanowiącym większość w tej części miasta pomysł ten się nie spodobał. Parę osób zaczęło rzucać kamieniami, parę zostało rannych, a projekt został zawieszony.

W burzliwy poranek spakowałam sakwy i opuściłam mój hostel z widokiem na gigantyczny krzyż na szczycie góry Vodno. Ilość ścieżek rowerowych w Skopje miło mnie zaskoczyła, choć ich krawężniki były tak wysokie, że musiałam zsiadać z roweru prawie przy każdym przekroczeniu ulicy. Ucieknąwszy od zgiełku miasta, spojrzałam na otaczające mnie góry. Zamglone, wydawały się tajemnicze i pociągające.

Jechałam  małą drogą poprowadzoną równolegle do Autostrady Przyjaźni. Dawniej nazywała się autostradą Aleksandra Wielkiego, ale w 2018 roku rząd zmienił nazwę, usiłując zbudować bardziej przyjazne relacje z Grecją (w tym samym czasie zmieniono też nazwę kraju na „Macedonia Północna”, by nie drażnić Greków nazwą „Macedonia”).

Biegnąca lekko w górę droga była dobrą rozgrzewką przed wyzwaniami czekającymi mnie w nadchodzących dniach. Myślałam o rozbiciu namiotu nad jeziorem Mladost po drugiej stronie góry, ale odstraszyły mnie tłumy rodzin z dziećmi z pobliskiego Weles i par spędzających romantyczny weekend w hotelu Romantik.

Weles (dawniej Titov Weles, na cześć jugosłowiańskiego prezydenta Josipa Broz Tito) trafiło do światowych wiadomości jako wylęgarnia nastoletnich producentów fake newsów podczas wyborów prezydenckich w USA w 2016 roku. W Welesie namierzono 150 stron z amerykańskimi fake newsami, a głównym sponsorem dodatkowych dochodów dla młodych przedsiębiorczych internautów był Donald Trump.

Przy klasztorze Św. Dimitrija zatrzymałam się by uzupełnić zapasy wody ze źródła i zaczęłam rozglądać się za miejscem na nocleg. Zarośnięta polna droga nad rzeką była strzeżona przez wyszczekanego psa, więc poprowadziłam rower wąską ścieżką na skaliste wzgórze.

„Sv. Nedela” – Święta Niedziela – głosił napis na bramie z krzyżem i dzwonem. Maleńki kościółek przypominał raczej domek pustelnika. Na podwórzu przechadzał się energiczny żółw, zwinnie stąpając po nierównym gruncie.

Zapukałam do drzwi i okna. Po kilku sekundach powtórzyłam, głośniej. Nie było nikogo, kogo mogłabym zapytać o pozwolenie, ale miałam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe, że rozbiłam namiot na poświęconej ziemi.

Byłam sama, na tym skalistym wzgórzu. Z doliny dobiegało bulgotanie rzeki a z domów na wzgórzu po mojej prawej – turecka imprezowa muzyka. Słońce zaszło, rozświetlając górskie szczyty. Nawet po zmierzchu było dość ciepło, by siedzieć na zewnątrz w krótkim rękawku i szortach, a gwiazd było od groma. Nie spieszyłam się więc, by schować się do namiotu i zawinąć w śpiwór.

Po dziesiątej nagle zrobiło się jasno. Choć nie słyszałam żadnych kroków ani szmeru, mogłabym przysiąc, że ktoś stoi obok mojego namiotu z gigantyczną latarką czołową. Czując, że moje serce bije nieco szybciej, rozpięłam namiot i rozejrzałam się. Zawsze warto znać wroga.

Gigantyczny księżyc wychylił się zza gór, rzucając światło na mój obóz. To on był sprawcą nagłej jasności. Napięcie w moich mięśniach ustąpiło. Wzięłam kilka głębokich oddechów i zasnęłam.

Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu o 6 rano. Spodziewając się, że w niedzielę kościół odwiedzą wierni, zmusiłam się do wstania i zaczęłam się pakować.

Okazało się, że nie doceniłam macedońskiej pobożności. Już o 6:30 stara brama zaskrzypiała, a przez nią weszła grupka osób po pięćdziesiątce. Speszona próbowałam wytłumaczyć, że już wyjeżdżam i przepraszam, jeśli nie powinnam była tam biwakować. Roześmiali się, a jedna z kobiet zapytała, czy dobrze spałam.

„Bardzo dobrze” – odpowiedziałam.

„To dlatego, że spałaś blisko Boga” – powiedziała z przekonaniem.

Otworzyli kościół, zamietli podłogę starą miotłą i podlali rośliny w przykościelnym ogródku.

Długowłosa brunetka pomachała do mnie, zapraszając mnie do cerkwi. Większość ikon w środku różniła się od tych, które znałam z innych prawosławnych cerkwi. Linie były bardziej niezdarne, a postaci wyglądały jak namalowane przez dzieci: oczy miały zbyt duże a dłonie kanciaste.

„Święta Niedziela”, wskazała na portret kobiety z koroną na głowie. „Musisz się do niej pomodlić, a będziesz bezpieczna i zdrowa”. Przeżegnała się trzykrotnie, kątem oka sprawdzając, czy robię to samo.

Stałam w XIII-wiecznym kościele, podziwiając stare, blaknące freski na ścianie i zostawione pod ikonami ofiray. Niektóre z nich były zwyczajne, jak pieniądze, inne raczej niecodzienne, jak skarpetki czy cukierki.

„Kawa po turecku?” zapytała moja nowa znajoma.

Nie mogłam się oprzeć takiemu zaproszeniu. Okazało się, że Macedończycy mówiąc kawa, mają na myśli kawę, trzy rodzaje ciasteczek, ciasto, chleb, dżem i świeży domowy ajvar. Pokazali mi zdjęcia swoich dzieci, a kiedy byłam już gotowa do drogi, wręczyli mi plastikowe pudełko wypełnione słodkimi winogronami i figami.

„Jak znowu będziesz w Macedonii, przyjedź tu jeszcze raz. Tylko koniecznie w weekend, to znowu się zobaczymy w niedzielę rano!”

Pomachali i uśmiechnęli się, kobiety radośnie, a dwaj mężczyźni trochę niezręcznie.

Droga do Prilepu była prawie pusta. Częściej niż dźwięk silnika, słyszałam brzęk dzwonków zawieszonych na szyjach owiec, które pasły się na polach. Przez kilometry nie było prawie żadnej cywilizacji – tylko idealny asfalt, pośród winnic i gór.

„Deutsch?” zagadał mnie starszy mężczzna, gdy zatrzymałam się po wodę przy źródełku we wsi Izvor.

Powiedziałam, że owszem, mówię po niemiecku, a on ucieszył się z możliwości poćwiczenia tego języka.

„Pracowałem tam trzydzieści lat temu, ale już zapomniałem wielu słów” – przeprosił, choć jego niemiecki był dobry. Miał na imię Boris. Podzielił się ze mną nie tylko historią swojego życia, ale także kilkoma pomidorami, jabłkami i zieloną papryką z własnej hodowli.

„Mój syn pracuje jako kierowca ciężarówki, jeździ po całym kraju, ale zarabia tylko 300 euro miesięcznie. Życie w tym kraju jest trudne. Męża masz? Nie? Dlaczego? Powinnaś znowu przyjechać do Macedonii. Możesz zatrzymać się w moim domu, ale tylko wtedy, gdy już będziesz po ślubie i przyjedziesz z mężem.”

Nie mógł uwierzyć, że samotnie jeżdżę rowerem po Macedonii.

„A czemu nie na motorze? Na rowerze jest zbyt ciężko!”

Kiedy wspomniałam, że jadę do Prilepu, Borys ostrzegł mnie: „Droga będzie dobra przez 3 kilometry, potem będzie tragedia. Koniec asfaltu, tylko piach!”

Powiedziałam, że dam radę, w końcu miałam rower górski, a na mojej mapie droga była grubą, żółtą wstęgą. Nie spodziewałam się autostrady, ale przynajmniej porządnej drogi gruntowej. Jak ostrzegał Borys, w pewnym momencie asfalt zniknął. Najpierw zastąpił go piasek, później ostre marmurowe kamienie. Jazda po nich, zwłaszcza pod górę, na obładowanym rowerze była prawie niemożliwa.

Jedyny ruch stanowiły krowy, konie i żółwie. Miałam tę odludną drogę tylko dla siebie. Cieszyłam się wolnością, samotnością i wyzwaniem: byłam sama i sama musiałam sobie radzić. Nie było szans złapać stopa czy poprosić kogoś o wodę, gdyby skończyły mi się zapasy.

Jeden zakręt za drugim, pchałam rower pod górę, obsesyjnie sprawdzając wysokość na moim Garminie. 400 m. 450. 500. Jeszcze tylko 50. Jeszcze 50. Po przekroczeniu 750 można zatrzymać się na tabliczkę czekolady. 1000. 1050. 1100.

Skundlony pies pasterski wyczerpany upałem ani drgnął, gdy zatrzymałam się na szczycie. Więcej uwagi poświęciły mi niestety maleńkie, natrętne muszki. Otoczyły mnie i próbowały odwrócić moją uwagę od surowego krajobrazu: rozległego, surowego, skażonego jedynie przez lśniący z daleka kamieniołom białego marmuru. Droga po drugiej stronie była o wiele lepszej jakości, a jazda w dół wprowadziła mnie w stan absolutnej euforii.

Jedną rzecz szczególnie cenię w podróżowaniu rowerem. Przemieszczając się powoli, masz szansę zobaczyć dane miejsce z każdej strony: i z tej dobrej, i z tej złej. Rzadko można zaplanować trasę tak, by zobaczyć tylko piękne krajobrazy i ekscytujące atrakcje turystyczne. I tak jak w niedzielę widziałam tą lepszą stronę Macedonii, tak w poniedziałek doświadczyłam tej gorszej.

Droga z macedońskiej stolicy tytoniu, Prilep, do Bitoli do uroczych nie należała. Plastikowe butelki, plastikowe reklamówki, rozprute wersalki, pluszowe misie – niekończące się sterty śmieci zdobiły obie strony drogi. Zaczęło mnie drapać w gardle, swędziały mnie oczy.

W oddali dostrzegłam przyczynę moich dolegliwości: ciemnoszarą smugę dymu unoszącą się nad polami. Cały ten plastik powoli płonął. Nie mogłam się zdecydować, czy prawą ręką zasłonić twarz lub nos, czy raczej odgarniać wszędobylskie muchy. Ostatecznie po prostu przyspieszyłam, by jak najszybciej dojechać do Bitoli, zjeść tam obiad i uciec w góry.

Z żołądkiem wypchanym pizzą z mnóstwem sera pociłam się jadąc pod górkę do najstarszego parku narodowego w Macedonii – Pelister, ze szczytami wznoszącymi się na ponad 2600 m n.p.m. Wdychając aromat sosen, mijałam liczne małe wioski składające się z garstki domów i cerkwi. Wyboista, gruntowa droga doprowadziła mnie do osady Rokito, nieopodal której miałam nadzieję rozbić obóz nad jeziorem. Chciałam być tam jak najszybciej i po prostu rozkoszować się wieczorem w górach.

Ping! Usłyszałam cichy metaliczny dźwięk, i zorientowałam się, że  lewa sakwa dynda na bagażniku. Zatrzymałam się by ocenić szkody. Jedna ze śrub mocujących haki sakw pękła i jej część utknęła w gwincie.

Przetrząsnęłam sakwę w poszukiwaniu szarej taśmy klejącej i trytytek – najważniejszych elementów wyposażenia każdego rowerzysty, słynących z tego, że potrafią naprawić (tymczasowo) absolutnie wszystko. Pięć minut później wróciłam na trasę, ostrożnie pokonując liczne wyboje.

Nad jeziorem siedział starszy pan z dwiema wnuczkami i dwoma psami.

„Skąd jesteś? Sama jesteś? Nie boisz się?” Wypytywał.

Szczerze mówiąc, miałam już dość ludzi pytających, czy się nie boję. Im częściej to słyszę, tym bardziej się boję, bo widocznie każdy ode mnie tego oczekuje. Wspomniałam, że jadę do Parku Narodowego Galicica, a facet wyjął swój telefon, z dumą pokazując mi zdjęcia ze szczytu Magaro, z którego widać oba słynne jeziora Macedonii: Prespę i Ochrydę.

„Gdzie będziesz dziś spać? Masz jakiś nocleg?” Zapytał

Wahałam się trochę z odpowiedzią, ale wyglądał na osobę godną zaufania.

„Gdzieś tutaj.” Wskazałam na jezioro i las.

„To kiepski dobry pomysł.” Powiedział. „Kilka dni temu widziano tu niedźwiedzia. Lepiej będzie, jeśli rozbijesz obóz przy monastyrze” – poradził.

„Wspaniale”, pomyślałam. „Jeśli będę tak dalej biwakował na świętej ziemi, do domu wrócę święta”.

Pusty klasztor znajdował się zaledwie 150 metrów dalej, ale faktycznie wyglądał bezpieczniej. Nawet jeśli płot był uszkodzony, to przynajmniej monastyr znajdował się na bardziej otwartym terenie, podczas gdy niedźwiedzie wolą czaić się w gęstym lesie. Na tyłach było nawet łóżko polowe, ale ja i tak wolałam spać na mojej macie.

„Miau”, usłyszałam cienki głos zza drzewa. A potem jeszcze raz, z drugiej strony. I znowu. Otoczyła mnie banda 5 biało-rudych kociaków. Towarzyszyły mi na każdym kroku, łypiąc głodnymi oczami na mój obiad.

„Dobra, chłopaki, zobaczmy, co mogę dla was znaleźć.”

Miałam trochę starego chleba, więc rozdzieliłam go między kociaki. Mruczały ochoczo przy jedzeniu, a przed zmierzchem jeden z nich uścielił sobie posłanie w przedsionku namiotu. Czując jego ciepło i wsłuchując się w jego delikatne pomrukiwanie, odpłynęłam.

„Nieważne z której strony się zbliżasz, nie wydają się być blisko niczego, nawet siebie nawzajem. Musisz przemierzyć zakazane górskie pasma, pokonać samotne drogi” – pisała Kapka Kassabova o najstarszych jeziorach Europy, Prespie i Ochrydzie. Jeziora te są połączone podziemnymi strumieniami płynącymi przez wnętrze gór Galicica i mają ponad milion lat (większość jezior po około stu tysiącach lat kończy swój żywot, wypełniając się osadami).

Mieszkańcy okolic Prespy mówią tym samym językiem (dialektem macedońskiego z wpływami tureckimi i greckimi), ale od początku XX wieku jezioro jest podzielone między trzy kraje. Przez lata, kiedy Albania była pod totalitarnym reżimem Envera Hoxhy, Macedonia była częścią socjalistycznej Jugosławii Tito, a Grecja krajem kapitalistycznym, granice były zamknięte.

Choć obecnie granice są otwarte, nadal nie można ich przekroczyć łodzią ani po prostu zrobić pętli wokół jeziora. Bardzo mnie kusiło, aby na chwilę skoczyć do Grecji, gdy zobaczyłam, że jestem zaledwie 5 minut od granicy. Niestety, granica w Markowej Nodze była nadal zamknięta i musiałabym wrócić do Bitoli i przekroczyć ją jadąc główną szosą w kierunku Floriny. Jak pisała Kassabova: wszystko było blisko, ale wydawało się bardzo daleko.

Woda była ciepła i spokojna, a na piaszczystej plaży odpoczywało tylko kilka osób. Po orzeźwiającej kąpieli, znalazłam zaciszny kąt, by rozbić namiot. W pobliżu znajdował się kemping, zamknięty już po sezonie.

Na początku czułam lekki niepokój, że biwakuję zbyt blisko pobliskich restauracji i drogi i może ktoś widział jak rozbijam mój samotny obóz. Przez ułamek sekundy żałowałam, że nie mam towarzystwa. Ale chwilę później cieszyłam się z tego tete-a-tete z naturą.

Przede mną rozpościerało się wspaniałe jezioro, za mną szczyty Pelisteru. Byłam porażona przestrzenią i spokojem tego miejsca. Przestałam się martwić i cieszyłam się gwiazdami nade mną i pustką wokół mnie. Czułam się tak, jakby nic innego nie istniało. Moje mieszkanie w Brukseli wydawało mi się innym światem i mogłam sobie wyobrazić, że już nigdy tam nie wrócę.

W linii prostej między jeziorami Prespa i Ochryda jest tylko 10 kilometrów, ale rowerzysta musi pokonać 30-kilometrową drogę o przewyższeniu 800 metrów przez Park Narodowy Galicica. Odkąd zobaczyłam kilka zdjęć z tej drogi, czekałam na to z niecierpliwością. Chciałam w końcu być naprawdę w górach, 1600 m n.p.m. Ale zanim jeszcze dotarłam do początku wspinaczki, poczułam kłujący ból w kolanie.

Zatrzymałam się, rozciągnęłam i rozmasowałam napięte mięśnie. Nadal bardzo bolało. Trochę mniej na płaskim, potwornie na wzniesieniach. Nie było mowy, żebym podjechała na Galicicę.

Musiałam pchać rower. Byłam zła na siebie za to, że przez ostatni rok byłam potwornym kanapowcem. Zamiast cieszyć się epicką wspinaczką na rowerze, musiałam odbyć Marsz Wstydu.

Nie przeszkodziło mi to w rozkoszowaniu się pięknem miejsca. Nie było prawie żadnych samochodów, a drzewa rzucały orzeźwiający cień. Wyżej, gdzie las zastąpiły drobne krzewy, na horyzoncie pojawiła się potężna Prespa. Jej błękitne wody lśniły w oddali, otoczone wierzchołkami Pelisteru.

Na szczycie musiałam założyć sweter. Dął zimny wiatr. Widok na Jezioro Ochrydzkie z góry przywołał wspomnienie jazdy przez góry ciągnące się wzdłuż chorwackiego wybrzeża. Ten sam lazur wody i żółta trawa, rosnąca na wzgórzach.

Chwilami Ochryda bardzo przypominała morze. Szczególnie w burzliwy wieczór na plaży w wioseczce Trpejca. Łódki kołyszące się na falach, zapach wody i ryb oraz złowieszcze niebo nad klifem sprawiły, że czułam się trochę jakby to był jesienny wieczór w Gdyni. Na kamienistej plaży unosiła się dziwna, szczególna energia najstarszego jeziora w Europie.

W Ochrydzie postanowiłam zatrzymać się na dwa dni. Znane jako Jerozolima Bałkanów, miasto to miało kiedyś 365 kościołów, co daje prawdopodobnie najwyższy wskaźnik kościołów per capita na świecie, gdyby ktokolwiek takie statystyki prowadził. Latem Ochryd robi się dość zatłoczony, ale na szczęście pod koniec września był przyjemnie spokojny.

Przechadzałam się stromymi uliczkami z lampami o kloszach w kształcie domków, wdychając intensywny zapach wędzonej papryki napływający się z balkonów i podwórek. Miałam szczęście mieć lokalnego przewodnika – Nikolę, młodego chłopaka, którego poznałam kilka dni wcześniej nad jeziorem Prespa. Pokazał mi najbardziej malowniczą trasę po klifach i zaprosił do swoich rodziców na bałkański obiad: gulasz z fasoli, świeży ajvar, smaczne domowe pomidory i porcję rakii („mój tata właśnie zrobił ją w zeszłym tygodniu, musisz spróbować!”).

Nikola pomógł mi również z moim problemem z kolanem. Przyjaciel rodziny, ortopeda Zlate zbadał moją nogę. Werdykt: moje mięśnie były po prostu zbyt zmęczone i zbyt napięte.

„Ile masz lat?” zapytał Zlate, wyginając moją nogę na wszystkie strony.

“30.”

„Musisz być teraz bardziej ostrożna, nie jesteś już taki młoda! Codziennie przed jazdą rozgrzewka”, pomachał przykurczonymi ramionami imitując bieg.

Zlate nie był zwykłym ortopedą. Wszyscy w Ochrydzie znali go jako patrzącego w słońce, co wyjaśniało jego śniadą cerę i liczne pomarszczoną skórę wokół oczu. Każdego dnia, o wschodzie i zachodzie słońca, patrzył prosto w słońce. A zachody słońca w Ochrydzie są wyjątkowe! Szczególnie przy kościele św. Jana w Kaneo, jednym z najczęściej fotografowanych miejsc na Bałkanach.

Następnego ranka czułam nadmiar energii, i nie zważając że moje kolano potrzebowało odpoczynku, kontynuowałam spacer po Ochrydzie. Zaczęłam chronologicznie, od starożytnego amfiteatru, jedynego w Macedonii z okresu hellenistycznego.

„Czy interesuje się pani historią?” zapytał ekscentrycznie wyglądający mężczyzna, gdy szłam w kierunku IX-wiecznego kościoła Świętych Klemensa i Pantelejmona. Jego oczy skrywały się zaokrągłymi fotochromowymi szkłami, a ubrany był w niecodzienne połączenie eleganckiej granatowej marynarki i znoszonych szortów.

Przedstawił się jako Slavko, filozof.

„Światło, świat, swastyka. W językach słowiańskich: svetlina, svet, svastika – wszystkie one oznaczają to samo.” Jego monotonny głos mnie usypiał. Próbowałam się skupić, śledząc ruchy kija w jego dłoni. Narysował nim na piasku swastykę.

„W Plaosniku, wczesnochrześcijańskiej bazylice z IV wieku, archeolodzy odkryli swastyki na posadzkach baptysterium. Swastyka symbolizuje refleksy świetlne na jeziorze. Pierwotnie nazywało się ono Lacus Lychritis – Jezioro Światła.”

W mrocznym półmroku Krajowej Pracowni Papieru Czerpanego starszy mężczyzna zanurzył sito w naczyniu z mętną wodą. Wyglądał jak alchemik lub magik. Jego ruchy były płynne, ale stanowcze. Zafascynowana patrzyłam, jak drobne cząsteczki bawełny łączą się ze sobą, tworząc kartkę papieru.

Podobała mi się turystyczna atmosfera Ochrydy. Zwłaszcza włóczenie się po bazarze, gdzie na każdym straganie można było znaleźć coś wyjątkowego. Srebrne broszki i naszyjniki we wszystkich możliwych kształtach; róże, ważki, wstążki, sowy i myszy oraz białe perły wyłowione z jeziora błyszczały, próbując przyciągnąć wzrok przechodniów. Nawet kierowcy łódek-taksówek krzyczący „Ostatni kurs dnia! Tylko pięć euro!” mi nie przeszkadzali.

Przed końcem dnia udało mi się złapać oddech na cichej plaży na zachodnim skraju miasta. Wygładzone kamyki przyjemnie masowały moje umęczone mięśnie. Na następny dzień zaplanowałam prawie 90-kilometrową trasę do Parku Narodowego Mawrowo. Miałam nadzieję, że mimo całodziennego chodzenia, kolano zdążyło się zregenerować.

Oddalając się od brzegu Jeziora Ochrydzkiego, wjechałam do innej, bardziej albańskiej, a przez to bardziej orientalnej Macedonii. Podczas gdy co czwarty mieszkaniec Macedonii Północnej jest Albańczykiem, większość z nich mieszka na zachodzie kraju.

„Hej! Dokąd zmierzasz?” Dziewczyna na żółtym szutrowym rowerze przyłapała mnie na upokarzającej czynności pchania roweru pod górę. Jej skóra była brązowa i widać było, że tego lata nie spędziła ani jednej minuty w biurze.

Przedstawiając się jako Sonja ze Szwajcarii opowiedziała mi o swojej wyprawie, którą rozpoczęła 3 miesiące wcześniej. Miała 38 lat, ale dzieliła się swoimi opowieściami z energią studentki w trakcie gap year: wspinaczka na najwyższą górę w Bośni, paralotniarstwo w Galicica, żeglarstwo w Grecji. Poczułam małe ukłucie w sercu, że w przeciwieństwie do niej nie spędziłam całego lata na rowerze. Moje 2 tygodnie wakacji nagle zdały mi się strasznie krótkie.

Rozmawiałyśmy przez następne 40 czy 50 kilometrów. Zanim się spostrzegłam, minęłyśmy wejście do Parku Narodowego Mawrowo, jednego z najbardziej dziewiczych i nieskażonych obszarów górskich w Europie Południowo-Wschodniej. Zapomniałam, jak bardzo dobre towarzystwo ułatwia jazdę. Towarzystwo Sonji całkowicie odwróciło moją uwagę od dyskomfortu, który odczuwałam w nogach.

Krajobraz też pomagał zapomnieć bólu i zmęczeniu. Minęłyśmy jezioro Debar i wjechałyśmy w zjawiskową dolinę o stromych, marmurowych zboczach wiszących nad lazurową rzeką Radika. Później surowy krajobraz nieco się zazielenił, a znad rzeki napłynęła chłodna bryza. Podjechałyśmy stromą drogą do Bigorskiego Monastyru  Św. Jana (to jedyny znany mi średniowieczny klasztor, który ma ponad 11 tys. obserwujących na Instagramie). Zatrzymałyśmy się w nowym hostelu, należącym do zakonu, w którym standard znacznie przewyższał to, czego można się spodziewać w cenie 10 euro.

W niedzielę rano mnisi w czarnych sutannach spieszyli na modlitwę, rzucając mi groźne spojrzenia, gdy szwędałam się dookoła z aparatem. Zwabiona bizantyjskimi śpiewami, zajrzałam do kościoła. Niskie, wibrujące głosy w doskonałej harmonii przyprawiły mnie o dreszcze. Pod złotym żyrandolem zebrał się tłum ludzi, pogrążonych w kontemplacji.

Bliżej Mawrowa, największego ośrodka narciarskiego w Macedonii, atmosfera była bardziej przyziemna. Minęłam cały sznur samochodów zaparkowanych na poboczu drogi przez rodziny cieszące się słonecznym porankiem nad jeziorem, jednym z najpopularniejszych miejsc w kraju. Jezioro Mawrowo, otoczone wieloma szczytami o wysokości 2000 metrów i wyżej, zawdzięcza swoją sławę kościołowi, znalazł się pod wodą, gdy w latach 40-tch kiedy zbudowano tamę na rzece, dolina została zalana. W czasie mojej wizyty, po licznych suszach, kościół znów znajdował się na suchym lądzie.

Zapory i elektrownie wodne w Parku Narodowym Mawrowo wzbudzały w ostatnich latach gorącą dyskusję, jako zagrożenie dla jednej z ostatnich swobodnie płynących rzek w Europie. Ekolodzy wskazywali, że zaszkodzi to rysiowi bałkańskiemu, który już teraz jest krytycznie zagrożony (zostało tylko około 120 osobników tego gatunku).

Podobny problem mają całe Bałkany: według grupy Save the Blue Heart of Europe, ponad 2700 projektów zapór wodnych jest planowanych na dzikich rzekach na całym Półwyspie Bałkańskim, 113 z nich w parkach narodowych, zagrażając dzikiej przyrodzie i dziewiczemu krajobrazowi, którego niemalże nie można już znaleźć w innych częściach Europy.

Znalezienie miejsca na biwak było nie lada wyzwaniem, choć brzeg jeziora był szeroki i przyjazny. Wciąż były tam jednak tłumy. Musiałam poczekać do zmierzchu, kiedy w parku zapanował spokój, a ciszę przerywał jedynie śpiew ptaków i odległe szczekanie psów.

Mój ostatni cel, Kanion Matka, był moim jedynym rozczarowaniem. Nie dlatego, że nie był piękny. Przeciwnie, szmaragdowa woda i pionowe ściany tworzyły zapierającą dech w piersiach scenerię. Ale położony pół godziny jazdy od Skopje cud natury stał się turystycznym hotspotem, w którym trudno było znaleźć ciszę i kontemplować piękno tego miejsca. Tandetna muzyka płynąca z głośników restauracji, niezliczeni taksówkarze krzyczący „Skopje! Skopje!” i tłum godny Wenecji lub Paryża kompletnie zrujnowali dla mnie to miejsce.

Wracając na rowerze do stolicy, spojrzałam wstecz na 10 dni mojej podróży. Trudno było uwierzyć, że tak krótki czas był tak bogaty w przygody (mimo że jechałam spokojnie, pokonując dziennie tylko 50-60 kilometrów). Poznałam gościnnych i otwartych ludzi (i kilku dziwaków), doświadczyłam prawdziwej nieskażonej natury, spałam w malowniczych miejscach i odbyłam niezłą lekcję historii. A wszystko to w maleńkim kraju, o którym większość podróżnych nawet nie ma pojęcia. Kraj słońca mnie oczarował i wyjeżdżając byłam pewna, że nie mówimy sobie „żegnaj” lecz „do zobaczenia”.

Jeśli moja opowieść zdołała zainspirować cię do wybrania się w rowerową podróż po Macedonii Północnej, tutaj możesz znaleźć praktyczne wskazówki.

Jedna myśl na temat “Raj utracony – rowerem po macedonii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s